czwartek, 7 lipca 2016

"Zmora" XI

Odór styranych, zakrwawionych górników plugawił moje wrażliwe nozdrza. Dziwne to nosić ciepłe ciała, których dusza wieziona jest teraz przez ostatniego przewoźnika, Charona. Ja, wraz z moim przyjacielem Reyem miałem pełnić funkcje podobnego przewoźnika, lecz tu na ziemi. Nie miałem łódki, lecz drewniany zaprzęgnięty w silne konie powóz tak czarny, że jego mrok pochłaniał blask wschodzącego księżyca.

Nieartykułowane dźwięki poczęły się dobywać z pobliskich gąszczy i zarośli i mimo, iż otaczała nas czerń bezwietrznej pustyni nocą, wszystko wydawało się jakby przemienione. Coś jakby dzieci, a w zasadzie ich śmiech, może jakieś zwierzęta, nie, to była nieznana mi symfonia demonicznego chaosu, tak cicha i subtelna, że wydawało się , iż jest wytworem mojej wybujałej wyobraźni. Lecz czym jest to, co próbuje dotrzeć do zakątków mojego umysłu i dlaczego tak dużo waży dla mojej duszy? Moje posępne rozmyślania przerwał Rey, który  spojrzał na mnie z twarzą tak kamienną i poważną, iż wyglądał jak stary człowiek, który właśnie zaraz miał umrzeć. Nie zrozumiałem jego mimiki i by rozładować napięcie powstałe gdzieś w zaułkach naszych umysłów strzeliłem w powietrzu batem, którego trzymałem w ręce. Rey obudził się jakby z transu, w którym właśnie był i oznajmił, że czas ruszać. Konie szarpnęły nienaturalnym pędem, tak przedziwnym, iż przez chwilę myślałem, że to sen. Nie byłem w stanie zrozumieć sytuacji w której się znalazłem widząc te silne czworonogi przebierające kopytami z taką prędkością iż pisk piasku porażał moje bębenki. Przemieszczały się w tym ciemnym pustkowi w sposób nieuporządkowany, bardzo chaotyczny. Nie przypominało to ani slalomu, ani linii prostej. Najprędzej przyrównałbym to do biegających rybików po pokoju nocnym, które próbowałem nieraz zmiażdżyć w starym zapleśniałym domku po wuju Marmy. Rey trzymał lejce z wielkim spokojem, jakby uznał ten przedziwny ruch koni za coś normalnego. Jedyne co zdążyłem sobie uświadomić to fakt, iż był ponownie w jakimś przedziwnym transie. Nie poczułem wtedy zmartwienia, lecz rozpacz, którą potęgowały dźwięki nieznanego pochodzenia. Cała ta sytuacja trwała wtedy wieczność i była tak chora i nierealna, iż do dziś nie jestem w stanie powiedzieć czy nie przyśniła mi się, którejś ponurej nocy. Szarpałem Reya za jego przepoconą koszulę i zadziwiło mnie to, iż wyglądał jak symulant. Jak ktoś, kto nie chce słyszeć tych wszystkich dźwięków i widzieć obrazów. Jak małe dziecko chowające głowę pod kołdrę, które czuje strach z powodu błahostki. To co jednak nas otaczało zaczęło mieszać się z zapachem kadzidła i byłem już wtedy pewny, że nierealne zakątki mojej kruchej psychiki zaczynają rozjaśniać się pulsacyjnie. Namacalna pustka miotająca moimi dreszczami przerywana przez pisk piasku, rżenie koni, ich nienaturalny ruch i piskliwy śmiech zakrapiany płaczem i nieludzkimi krzykami. Dotykałem nienamacalnych dotąd sfer, które zwykli śmiertelnicy nie zrozumieją. Martwa cisza zakończyła wszystko, co trwało do tej pory. Nie wiem jak to się stało, że nagle ja trzymałem lejce. Widziałem twarz wykrzykującego Reya, konie, które stały w miejscu i zupełny brak mojej reakcji. Zrozumiałem, że sam wpadłem w sidła tego przedziwnego transu. Być może coś mi zaszkodziło, lecz nie jestem w stanie powiedzieć co. To nie był sen, nawet nie sen na jawie, to było coś w rodzaju transformacji mojej wzburzonej duszy, która oczekiwała co może ją spotkać. Musiałem w końcu ruszyć z pełną świadomością tego, że to co pożerało do tej pory moich przyjaciół stało się moim przeznaczeniem. Zrozumiałem, że dysponuję  zbyt ubogą ilością nieskładnych informacji, by określić co dokładnie nęka moja duszę. Rey nie przerywał moich rozmyślań jakby chciał powiedzieć przez swoje milczenie, że wie co przeżywam. Mijałem liczne zarośla, z których nie dobywał się ten diaboliczny dźwięk, ale szelest samych liści zestawiony z tym co zdarzyło się przed chwilą przyprawiał mnie o dreszcze. Mijałem małe i wielkie skały, trójkątne i owalne, każdy wydawał się coś symbolizować, ale Rey z niewzruszoną miną patrzył na konie, które wcale nie były moim zdaniem najciekawszym widokiem tamtego wieczora. Oliwna lampa rozświetlała tylko część naszej drogi, toteż wszystko z daleko wydawało się mroczne i nieznane, a moje myśli krążyły wokół niepokoju i smutku, który wydawał się czymś nieoczekiwanym, nie mającym ugruntowanego miejsca i przyczyny. W całej tej niepewności poczułem potrzebę przekazania lejców Reyowi. W mroku jego twarz wydawała się przynajmniej dwadzieścia lat starsza i nie potrafiłem sobie wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje. Styrany ciężkim, dziwnym i upalnym dniem zasnąłem owinięty brudnym, skórzanym kocem.

1 komentarz:

  1. powiem Ci że to jest zarąbiste! nie mogłam oderwać wzroku od liter ;o

    OdpowiedzUsuń