środa, 25 maja 2016

"Zmora" X

"Zmora" Rozdział X

Widziałem ciemność. Zaraz pulsujące światło. Moja skroń była rozpalona do granic możliwości. Czułem, że ból promieniuje w dół, a moje wnętrzności rozrywają się z niewyobrażalną siłą. Podniosłem głowę czując otępienie i bujanie jak w tonącym statku. Moja dłoń, moje stopy! Wszędzie robactwo! Pożerały moje wypalone wnętrzności, jak trupa na ziemi cmentarnej. Rey potrząsnął mnie swoją umięśnioną ręką budząc z tego koszmaru. Czułem jeszcze woń alkoholu zalatującą z jego ust po wczorajszym piciu. Spytał się mnie czy wszystko w porządku z wielkim przejęciem w głosie. Dotarło do mnie, że być może podobne sny nękały go tamtej nocy. Jednak nie byłem w stanie określić tego czy na mojej klatce spoczywała niedawno niewidzialna materia jak w przypadku reszty grabarzy. Moje rozmyślenia przerwał Ordon, który zachrypniętym, przepitym głosem oznajmił, że wyruszamy do kopalni, by dokonać interesów. Ruszyliśmy powozem zaprzęgniętym w dwa silne konie, który użyczył nam znachor. Udeptana ścieżka prowadziła nas do słynnej kopalni tego przedziwnego miasteczka. Zadziwił mnie fakt, że po zajechaniu na miejsce zastaliśmy znachora już czekającego na nas. Wysłał nas przecież po to byśmy to my dokonali interesów, ale być może jego obecność wynikała z ostrożności by nasza transakcja przebiegła pomyślnie. Siedzieliśmy na niskich, niemal dziecięcych krzesełkach w drewnianej budce służącej jako "prowizoryczne miejsce spotkań zarządu kopalni" jak to ładni określił Rey. Zajęliśmy miejsca przy dębowym, pięknie lakierowanym stole i wpatrywali się w postać brodatego burmistrza, który zaczął swoją wypowiedź jakby był prezydentem jakiegoś istotnego państwa. Używał języka tak oficjalnego i w swojej istocie mądrego z jakim się jeszcze nie spotkałem. Łącząc to z faktem, że odbywało się to w tak niewielkim i prowizorycznym pomieszczeniu, a było nas łącznie czterech całokształt sytuacji był dla mnie niemal komiczny. Znachor zaklął siarczyście i wypowiedział jedne słowo wyrażające jakąś niewielką liczbę. Burmistrz powtórzył tą liczbę i uroczystym uściśnięciem ręki zakończył swoją porywającą wypowiedź. Stary duchowny wskazał miejsce, w którym odłożył worek z pieniędzmi i zaczął nas prowadzić do wejścia kopalni. Wychodząc zauważyłem, że burmistrz nawet nie przeliczył pieniędzy w worku tylko ruszył za nami w głąb. Szybko zorientowałem się, że nawet Spartanie w najgorszych okresach swoich dziejów mieli o wiele lepsze warunki pracy i życia. Wąskie odcinki, przez które ledwo dało się przejść, gorące stęchłe powietrze uniemożliwiające pełny oddech, pył i ogólny hałas. Przechodząc pierwsze kilkadziesiąt stóp zdążyłem zahaczyć o kilka ostrych skał wobec czego doszedłem z całkowicie podartymi spodniami na miejsce, w którym pracowali górnicy. Zadziwiał mnie fakt, że są oni w stanie zrobić pełny zamach kilofa w tak wąskich korytarzach. Obserwując jednego z nich zauważyłem, że posiada asymetryczną i skrzywioną budową ciała. Nie mogłem patrzyć w jego oczy, bo ich biel przeszywała mnie pozbawiając komfortu. Większość z nich była ślepa jak krety, a ich zmizerniałe ciała oddawały do otoczenia zapach gnijącego truchła. Z ich pociętych ramion wypływała ropa zmieszana z pyłem unoszącym sie dookoła. Gangrena była ogromną plagą, która pożerała większość pracujących tu osób.

Uśmiechnięty burmistrz w pewnym momencie wyprzedził nas, by następnie się zatrzymać i wskazać palcem na kilku górników. Znachor zaśmiał się tak głośno, iż jestem pewny, że w całej kopani było słychać ten szyderczy śmiech. Jeden z górników odwrócił się w stronę duchownego. Burmistrz podszedł do niego, wyjął krótki scyzoryk i trzymając go za pukiel włosów zaczął podrzynać gardło. Krew trysnęła na kilku pracujących tu ludzi, ale widocznie nie robiło im to różnicy, gdyż pracowali nadal nieustannie, bez żadnego wzruszenia. Po ukaraniu surowo ciekawskiego górnika burmistrz oznajmił, że już pierwszego możemy zabrać, pozostałych pięciu padnie z wycieczenia do wieczora. W tym momencie podszedł strażnik, który chciał sprawdzić czy nic się nie stało. Widząc, że na ziemi leży martwy górnik, a na marynarce burmistrza jest mnóstwo krwi wyjął z kieszeni chusteczkę, by choć trochę oczyścić ubranie polityka. Następnie zabrał zwłoki w górę kopalni i oznajmił, że będą już czekać na wywiezienie. Idąc w stronę wyjścia z kopalni zauważyłem żołnierzy prowadzących świeżo pojmanych jeńców, którzy mieli do wyboru, albo śmierć, albo praca w kopalni. Pewnie nie rozumieli tego, że piszą się na coś jeszcze gorszego. Sam osobiście wolałbym zostać poćwiartowany niż móc doświadczyć takiego rodzaju pracy. Wychodząc z kopalni zaczepił mnie kucharz, który właśnie przygotowywał posiłek dla górników. Burmistrz poprosił mnie bym mu pomógł. Z chytrą miną dodał, że mogę się dowiedzieć o kilku tajemnicach tej kopalni. Kuchnia była ogromna, przypominała swoją wielkością hol w domu znachora. Kucharz prosił o pomoc we wstawianiu olbrzymich kotłów z zupą na ogień. Pomogłem mu, po czym dostałem do ręki coś przypominające mąkę, jednak kucharz surowo zabronił jej smakować. Powiedział, że to tajny składnik, który pozwoli mi dalej pracować w swoim zawodzie. Miałem dosypać do każdego kotła niecałą szczyptę tej trucizny, do małego kociołka przeznaczonego dla wskazanych dzisiaj górników miałem wsypać łyżkę stołową proszku. Kucharz uśmiechnął się po czym dodał, że w smaku jest to całkiem niezłe, jednak lepiej nie przesadzać, bo można przez to stracić nie tylko wzrok.

2 komentarze:

  1. Wciąga!!!
    instagram | ask | tumblr

    OdpowiedzUsuń
  2. Dość przerażająco tu, wyglądem bloga budujesz fajny klimat.
    MÓJ BLOG ZAPRASZAM

    OdpowiedzUsuń