niedziela, 15 maja 2016

"Zmora" VII

"Zmora" Rozdział VII

Nie jestem w stanie wytłumaczyć skąd brały się moje sny. Instynkt podpowiadał mi, że to zła aura Brownsville wpływa na mnie bardzo niekorzystnie. Próbowałem wytłumaczyć sobie racjonalnie każdy detal co niejednokrotnie spędzało mi sen z powiek. Być może moje sny były spowodowane jakimś zapachem, który przeszywał moje nozdrza niczym woń tamtego kadziła w domu znachora, czy pleśń w domu wuja Marmy, jednak zawsze, gdy próbowałem odnaleźć rozwiązanie tej diabelnej układanki na końcu dochodziłem do punktu, w której jeden element zupełnie nie pasował. Byłem pewny, że istota ze snu nie jest nikim dobrym. To prawdopodobnie demon, który pokochał nękanie mnie w nocy z jakiegoś powodu. Nie miałem pewności czy ta przedziwna istota może istnieć w świecie żywych pomimo, iż jej znaki odnajdywałem niejednokrotnie w moim otoczeniu. Po przebudzeniu się ze snu, a może nawet transu poczułem silny ból w krzyżu, który przez kilka godzin uniemożliwił mi sprawne poruszanie się. Leżąc niemal nieruchomo na podłodze byłem wpatrzony w ranę na moim przedramieniu, którą w czasie snu zadała mi bestia. Moje półnagie ciało rozłożone na holu zbladło na wzór górników, którzy leżeli martwi tuż obok mnie. Nie czułem już nawet strachu. Moje serce wypełniała bezsilność o tak wielkim stopniu, że każdy centymetr wokół mnie zdawał się emitować mroczną barwę mojego upodlonego stanu ducha. Znachor obejrzał mnie z wielką starannością po czym zdezynfekował moją niegroźną ranę. Robiąc to zachowywał się zupełnie normalnie jak gdyby rana była wytworzona na wskutek zwyczajnego zdarzenia, które miało miejsce w świecie żywych. Następnie odesłał mnie do domu mówiąc, że wszystko jest w porządku w całkiem szczery, nietypowy dla niego sposób. Moja kolejna noc w domu była już zupełnie normalna. Od tamtego momentu miałem wrażenie, że cierpię na jakąś chorobę psychiczną, która jak plaga pożera moją duszę i serce. Być może to rzeczywistość jest zupełnie normalna, ale ze mną jest ciągle coś nie tak. Po pewnym czasie również taki pogląd zaczął we mnie obumierać. Ginąłem w niejednostajnym toku myśli, które powodowały we mnie często większy strach niż same sny, które mimo swojej mroczności i zła jakie niosły wydawały się być tylko snami z namiastką czegoś nienormalnego. Przez kilka następnych dni musiałem się przyzwyczaić do osoby Nathana, który zapewniał mi dobrze płatną pracę. Nie uczestniczyłem już w rytuałach, gdyż moją obecność duchowni uznali już za niepotrzebną. Zajmowałem się jedynie przewożeniem zwłok z kostnicy do domu znachora. Nie miałem pojęcia co się dzieje dalej z truchłami górników. Wiedziałem tylko, że za resztę jest odpowiedzialny głownie Ordon. Rey wspominał, że dostarczanie trupów z domu znachora do cmentarza jest bardzo poważną i niebezpieczną funkcją i nie można jej powierzyć byle komu.  Hill wspominał również, że zobowiązuje go przysięga i nie może wyjawiać kiedy i w jaki sposób przychodzi transport trupów z domu znachora. Fakt ten bardzo mnie zdziwił. Wiedziałem, że za wszystkim kryć może się niesamowita intryga i przez cały czas próbowałem ją rozwikłać. Pewnego dnia Ordon polecił mi wykopanie kilku dołów o głębokości trzech stóp i szerokości pozwalającej na zmieszczenie trumien.



 Był to upalny i ciężki dzień. Słońce rozpalało moje chore żądze kryjące się w zakątkach spaczonej przez pracę psychiki. Korzystając z całego dnia samotności postanowiłem poznać przodków Nathana, których odkopywanie nie powinno zająć mi zbyt wiele czasu. Stalowa łopata szybko przerzucała wilgotną, brunatną ziemię wypełniającą cmentarne wzgórze Karabam. Po dokopaniu się do odpowiedniej głębokości mogłem stwierdzić jeden przerażający fakt. Szczątki ojca Nathana być może nigdy nie spoczywały na cmentarzu Karabam. Nie odnalazłem trumny, ani żadnych pozostałości po ciele człowieka. Od tamtego momentu zaczynałem nabierać podejrzeń, że jedyne szczątki zakopane na tym cmentarzu to pozostałości po kocie, które złożyłem podczas mojego chrztu grabarza.
>>Kolejny rozdział<<
>>Początek opowiadania<<

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz