sobota, 14 maja 2016

"Zmora" VI

"Zmora" Rozdział VI
Nie czekając na odpowiedź znachor wyciągnął ze swojej torby jakąś pradawną księgę i stojąc u progu zaczął dzwonić dużym kilku-funtowym dzwonkiem, który stał zaraz przed drzwiami wejściowymi. Zrozumiałem, że nawołuje właśnie wszystkich mieszkańców uduchowionych. Wykrzykiwał słowa, prawdopodobnie po łacinie. Z oddali zauważyłem grupę ludzi zmierzających otępiałym, powolnym krokiem w stronę domu znachora. Księżyc zaczął świecić silnym, jednolitym blaskiem porównywalnym do blasku słońca. Z oddali usłyszałem przedziwne dźwięki przypominające muzykę jakiegoś szalonego skrzypka. Moje serce wypełnił prawdziwy niepokój, gdy z okolicy zaczął dobywać się dźwięk tysięcy łopat rytmicznie wymieszany  ze stukotem pędzących koni dobiegające z tak potworną siłą, iż ziemia pode mną się zatrzęsła. Cała ta demoniczna symfonia ucichła, gdy Nathan przestał dzwonić dzwonkiem. Wszyscy wezwani mieszkańcy zjawili się w dużym holu, do którego zaprowadził ich wszystkich stary znachor. Było to dziwne miejsce przepełnione pięknie wykończonymi gotyckimi meblami. Olbrzymi pokój otaczały wysokie, solidne, kamienne ściany, które potęgowały mroczność tego miejsca. Wokół były ustawione spore, woskowe znicze, które paliły się co najmniej od kilku dni. Atmosfera tego miejsca przypominała mi nieco piwnicę, w której byłem jeszcze przecież tego samego dnia, ale sposób uporządkowania mebli i ich stopień zadbania odróżniał się od zagraconej kostnicy. Harmoniczne ustawienie przedmiotów, które swoim wyglądem przypominały pradawne artefakty, oraz zachowanie przybyłych tu gości utwierdziły mnie w przekonaniu, że zaraz odbędzie się jakiś nieznany mi rytuał.
Łapiąc się za ręce utworzyliśmy krąg w środku którego były ustawione ciała zwrócone głowami do siebie. W centrum tej figury stał znachor, który położył księgę na ziemi, a następnie niczym dyrygent orkiestry uniósł obie ręce w górę. Przypominał swoim wyglądem wielkiego hrabię, który z olbrzymią gościnnością przyjmuje nieznanych przybyszy. W tamtym momencie z potwornym, nienaturalnym rykiem zaczął wymieniać słowa z księgi leżącej zaraz pod jego skórzanymi butami. Nawoływał imiona demonów, które mają przejść z ciał żyjących tu ludzi do świata umarłych. Zrozumiałem, że trzy ciała leżące na ziemi mają być swoistą pożywką dla demonów, które zostaną w nich zamknięte.  Dla niedowiarków cała ta sytuacja byłaby zupełnie komiczna, gdyż ciężko traktować poważnie niedołężnego starca wyglądem przypominającego żydowskiego handlarza stojącego po środku trzech trupów, który wykrzykuje utartą formułkę z jakiejś antycznej książki. Pomimo uczestniczenia w tym rytuale i sytuacji, które wydarzyły się bezpośrednio przed nim nie byłem w stanie uwierzyć, że sposób prowadzenia tego wydarzenia miał jakikolwiek inny cel niż zabraniu pieniędzy ludzi z tego przesądnego miasteczka jakim było Brownsville. W trakcie moich przemyśleń znachor zaczął rozcinać sztyletem ciała prowadząc go wzdłuż mostka, aż dochodził do pasa. Następnie podważając żebra wielkim, stalowym  łomem łamiąc je, by mógł dostać się do serca nieżyjących górników. Wyciągając je podnosił do góry wypowiadając kolejne utarte formułki. Ciała wypełniał jakimś zielem, które pełną garścią nabierał z wiklinowego kosza przyniesionym przez jednego z przybyłych duchownych. Ciała następnie były starannie zaszywane i namaszczane pięknie pachnącymi wonnościami przypominającymi zapachem olejek kokosowy. Po skończonym rytuału wszyscy rozeszli się w swoją stronę. W całym tym transie nie znalazłem niczego nadprzyrodzonego, a sam starzec przypominał mi amatorskiego spirytystę, który starał się zwrócić na siebie uwagę. Nie byłem jednak w stanie mu tego powiedzieć wprost w jego rozbiegane, pazerne oczy. Zanim zdążyłem wyjść Nathan złapał mnie kurczowo za rękę z taką siłą, że odcisną ślad swoich długich, zadbanych paznokci na moim przedramieniu. Spojrzał wprost w moje pewne siebie oczy spojrzeniem pełnym niepokoju i zatroskania. Nie zrozumiałem tego gestu i ze zdenerwowaniem wyszarpałem swoją rękę  ze szponów tego dziwaka. U progu drzwi zastałem dwumetrowe monstrum przypominające wyglądem kobietę z mojego snu.

Z szeroko otwartymi powiekami obserwowałem jej śnieżnobiałe zęby na których osadzała się skrzepnięta krew. Jej nienaturalnie długie, umięśnione nogi przybrały szarawy odcień, a twarz przypominała wyglądem bardziej demoniczną niżeli ludzką. Postrzępione, czarne włosy oplątywały jej nagi tors, a stopy nie stąpały tylko z lekka unosiły się nad ziemią. Spojrzała się na mnie wzorkiem tak rozpalonym niezwykle przejmującym gniewem i nienawiścią, że moje serce zaczęło pracować szybko i nierytmicznie. Szybkim ruchem jej potężnej dłoni odtrąciła moje studwudziestofuntowe ciało, a szpony instynktownie zagnieździła w szczęce pastora. Wbijając zaostrzone pazury rozerwała żuchwę staruszka, z której wypłynęła fontanna krwi. Swoje długie zęby wbiła w jego gardło śmiejąc się przy tym dźwiękiem przypominającym cyklicznie powtarzany pisk niesfornego dziecka. Potwór oplatał brzuch martwego już starca wypalając go kwasem, który jak ropa wypływał z wnętrza jej poranionego torsu. Oglądałem to widowisko z przerażeniem, którego nigdy wcześniej nie zaznałem. Po pożarciu znachora bestia odwróciła się w moją stronę i lekkim pociągnięciem pazura zadała mi ranę na moim przedramieniu. Nie wiem co mnie podkusiło by wykrzyczeć "misza" z całych moich sił, ale zrobiłem to oczekując chyba, że to słowo uratuje mi życie jak wtedy, gdy byłem na cmentarzu wśród szakali. Monstrum spojrzało się na mnie i piskliwym głosem spytało się czemu ją wzywam po raz kolejny. Poczułem zimno na mojej skroni rozchodzące się promieniście, a w tle słyszałem głos Reya, który dobiegał do mnie z oddali. To tylko sen, ten sam co zawsze. Obudziłem się w pokoju rytualnym po środku trzech ciał górników zwróconych do siebie twarzami. Moja osoba została wykorzystana do rytuału, którego tak naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć.


>>Kolejny rozdział<<


>>Początek opowiadania<<

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz