piątek, 13 maja 2016

"Zmora" V

Zmora "Rozdział V"
Ten wieczór był inny niż poprzednie. W powietrzu wisiał zamęt, a ja przechodziłem przez tajemnicze uliczki mojego urokliwego miasteczka. Z oddali zauważyłem rozpalone oliwne lampy, które rzucały tajemniczą poświatę na miejsce zamieszkania znachora. Był to olbrzymi, kamienny dom ozdobiony kunsztownie drewnem dębowym na dachu którego stały solidne, kamienne posągi skrzydlatych istot, których nigdy dotąd nie widziałem. Z oddali wyczułem silną woń kadzidła, która podrażniała moje nozdrza przyszywając o nieprzyjemne dreszcze. Zanim jednak zapukałem do drzwi tego mieszkańca poczułem nieopisany i niezidentyfikowany strach pochodzący z czeluści mojego serca. Nie byłem pewny co może mnie w tym dziwnym miejscu czekać. Drzwi powoli uchylił mi stary brodaty mężczyzna o bardzo chytrym i podejrzliwym spojrzeniu. Jego długi nos przypominał mi żydowskich handlarzy, jakich mogłem nieraz zobaczyć pracując przez krótki czas w porcie. Znachor nie wzbudzał mojego zaufania swoim wyglądem, a jego zachowanie z początku świadczyło o udawanej gościnności. Zaprosił mnie serdecznie do środka pokazując powolnym ruchem ręki krzesło, na którym mogłem się wygodnie usadowić. Nie zadawał mi żadnych pytań . Złoto, które dostałem od Reya położyłem na starym, drewnianym stoliku.

Znachor starannie przeliczył drobinki tego kruszcu i zadał mi pytanie czym się zajmuje. Na moją odpowiedź, iż jestem grabarzem uśmiechnął się i zanim zdążyłem dokończyć na czym moja praca polega zadał kolejne pytanie. Jego głos przypominał bardziej warczenie psa niż dźwięki, które pochodzą z ust człowieka toteż nie zrozumiałem go zupełnie. Znachor powtórzył swoje pytanie z niezwykłą dokładnością co mocno kontrastowało z tym samym zdaniem wypowiedzianym dosłownie przed chwilą. Pytał się ile ludzi dotąd zakopałem. Z niepewnością w swoim młodzieńczym głosie odpowiedziałem, że nikogo. Starzec zapytał się czy bardzo mi zależy na spełnianiu moich wszystkich obowiązków zawodowych. Spojrzałem w jego rozbiegane i chytre oczy. Dodał zaraz, że zajmuje się on pielęgnacją zwłok przed ich pochówkiem. Uśmiechając się złowrogo rozsypał garstkę złota, którą położyłem na stoliku. Powiedział, że od dziś on jest moim przełożonym i mam się go słuchać. Chciałem stanowczo zaprotestować, ale przerwał mi moją wypowiedź pytaniem o moje ostatni sny. Spojrzałem na niego z niepewnością. Znachor zaśmiał się głośno i powiedział, że rozmawiał ostatnio z Ordonem. Dodał, że wszystko jest na dobrej drodze. Nie wiedziałem co mogę odpowiedzieć, nie rozumiałem bowiem co miał na myśli. Rzucił we mnie workiem złota z taką siła, że spadłem z krzesła. Dodał, że ma na imię Nathan i tak się ma do niego zwracać. Polecił mi bym przyniósł trzy ciała z miejscowej kostnicy o której dotąd nie miałem nawet pojęcia. Kazał mi zabrać złoto które przyniosłem oraz ten niemal półfuntowy worek, którym we mnie rzucił. Powiedział, że jest to wynagrodzenie za moją przyszłą pracę. Wychodząc z domu Nathana u progu drzwi spotkałem Ordona, z którym udałem się do kostnicy. Było to miejsca tak diabolicznie tajemnicze, że nie jestem w stanie tego opisać słowami. Światło księżyca przechodzące przez brudne szyby dawało zielonkawy blask mglistemu powietrzu, które przepełniało moje serce niespotykanym dotąd żalem. Była to stara piwnica z olbrzymią ilością zakurzonych zdartych, zardzewiałych i zbutwiałych rupieci. Nie było czuć żadnego zapachu, który podrażniałby mój wyczulony węch. Zimno tego pomieszczenia przepływało przez każdą kroplę krwi w moim ciele odurzając mnie jakiś hipnotycznym otępieniem. Jak można się było spodziewać wszystkie trzy ciała to pozostałość po górnikach z pobliskiej kopalni złota. Ich ręce były poranione, a ciała tak wychudzone i mizerne, że zdziwił mnie fakt, iż są to szczątki ludzki. W ciemności tego niezwykłego pomieszczenia nie dostrzegałem już bowiem zarysów, być może przez jego narkotyczną aurę. Podnosząc ciało pierwszego z nich uderzyło mnie ciepło pochodzące z jego klatki piersiowej. Upuściłem trupa, który spadło na ziemię. Dotknąłem jeszcze palców, by się upewnić czy nie trzymam osoby żywej. Z całą pewnością mogłem stwierdzić, że zimno rozchodziło się promieniście w stronę grubszych kończyn. Górnik zmarł prawdopodobnie jakąś godzinę temu. Spytałem się Ordona dlaczego grzebiemy świeże ciała. Klee spojrzał się na mnie ze smutną miną tak jakby chciał powiedzieć "za jakie grzechy muszę z tym człowiekiem pracować" i zaśmiał się ironicznie, że takie pytania mogę jedynie zadawać tym, którym za bardzo się śpieszy umierać. Ciała górników były bardzo lekkie toteż nie było problemu z ich załadunkiem do wozu, którym niespodziewanie przyjechał Rey. Zabraliśmy wszystkie truchła do znachora, który spojrzał się na nas z olbrzymim podnieceniem. Wykrzyczał, że na każdego trupa przypada jeden grabarz. Zdanie to wzbudziło we mnie podejrzenia. Spojrzałem na Reya i Ordona, którzy stali jak w jakiś transie nie okazując żadnych emocji. Znachor spojrzał się na mnie i zadał nam trzem pytanie czy chcemy uczestniczyć w tym co musi się wydarzyć.


>>Kolejny rozdział<<

>>Początek opowiadania<<

2 komentarze:

  1. Świetne opowiadanie. :-) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję! Zapraszam do dalszego śledzenia losów głównego bohatera :)

    OdpowiedzUsuń