czwartek, 12 maja 2016

"Zmora" IV

"Zmora" Rozdział IV
Następne dni mijały mi w spokojnej tonacji. Razem z Reyem spacerowałem po Brownsville i rozmawiałem o naszej wczesnej młodości, rodzinie, zainteresowaniach. Szybko stał się moim przyjacielem w tych jakże zmiennych kolejach losu. Mieliśmy wiele wspólnych tematów, a mój młodzieńczy wiek nie zmieniał tego, by mógł traktować mnie całkiem poważnie. Bardzo szybko zapomniałem o przedziwnym zdarzeniu, które miało miejsce w starej szopie, które jak ciężar minionych dni był zawieszony gdzieś w powietrzu. Za każdym jednak razem, gdy zadawałem pytania dotyczące Ordona Rey szybko zmienił temat, tak jakby żył w jakieś subtelnej niezgodzie z tą osobą. Gdy zaś zadawałem mu bardziej sprecyzowane pytanie dotyczące ich relacji bardzo go chwalił i mówił, że nie poznał do tej pory tak wesołego i pracowitego człowieka. W tym momencie moje podejrzenia szybko się rozwiały. Pytałem się również, gdzie mogę spotkać miejscowego pastora, ponieważ jako osoba wierząca chciałbym mieć jakieś wsparcie duchowe w kimś zewnętrznym. Rey z dozą niedowierzania zmarszczył czoło, bardzo zdziwił się tym o kogo pytam i orzekł w żartach, że nawet nie wie co oznacza słowo "pastor". Polecił mi kilku dobrych znachorów i innych mieszkańców uduchowionych. Spytałem się również jak to jest możliwe, że cmenetarz Karabam został tak szybko oczyszczony z truchła, które mogłem zastać w nocy. Na moje pytanie Rey odpowiedział tylko jednym słowem "misza". Zapytałem się czym jest misza? Rey przesunął swoim badawczym wzrokiem po odległym horyzoncie milcząc, a po dokładnym namyśle dodał, że każdy nosi ciężar minionych dni. Nie odważyłem się pytać co miał wtedy na myśli. Zaczęliśmy spacerować w ciszy i żarze upalnego majowego słońca. Widok starych i zbutwiałych domów przyprawiał mnie o dreszcze. Czułem, że pomimo wielu dziwnych zdarzeń to miejsce ma ten urok, którego szukałem przez wszystkie lata mojego krótkiego życia. Pomimo ludzi, którzy mnie otaczali czuć było w powietrzu uwielbiany przeze mnie smak samotności i wolności, który jak dobra żona budził mnie z kubkiem gorącej herbaty. Razem z Reyem wyszliśmy daleko poza to piękne i malownicze miasteczko. Wielka pustka rozległej pustyni miotała moim dzikim i głodnym przygód sercem.

Jaskrawy kolor piasku i dobiegające z oddali strzały batów szarpały moją wyobraźnią. W oddali można było ujrzeć kilka białych kłusaków, na których przemierzali świat wędrowni handlarze. Spojrzałem na twarz Reya, która wzbudzała we mnie niespotykane dotąd zaufanie i aż trudno mi było uwierzyć, że po raz pierwszy odnalazłem w kimś kompana i to w tak owocnym okresie życia. Rey przerwał moje rozmyślenia mówiąc, że warto by było przywitać wędrowców jak prawdziwych gości. Oznajmił, że nasza miejscowość nie słynie z niesamowitego bogactwa i dokonując dobrego targu nasze oszczędności pozwolą opłacić nam znachora i kilku mieszkańców uduchowionych. Spytałem się go dlaczego właśnie znachor musi być przez nas opłacany. Rey dodał tylko, że jest to konieczne i nalegał bym nie pytał dlaczego. Po dłuższym namyśle spytał się mnie czy nie miewam czasem jakiś dziwnych snów. Zląkłem się tym pytaniem tak bardzo, że poczułem zimne krople potu spływające po moim opalonym czole powodujące niesamowity dreszcz, który szarpnął moim ciałem jak bezlitosna bestia. Z niepewnym siebie wzrokiem wbitym tępo w postać Reya odpowiedziałem głosem cichym i pełnym niepokoju, że miewam. Młody grabarz wyciągnął z kieszeni kilka listków tytoniu, które zaczął powoli rzuć po czym parsknął nieartykułowanym śmiechem i dodał, że warto bym się wieczorem wybrał do znachora. Przywitaliśmy grupkę handlarzy pieśnią, która wypływała z naszych ust bardzo radośnie. Rey zaprosił ich do siebie. Okazało się, że zamierzają dokonać wymiany złota na broń strzelniczą. Hill wyciągnął ze schowka cztery sprawne Winchestry. Najstarszy handlarz spojrzał się na mnie z nieufnością po czym spytał się czy potrzeba nam kilku parobków do pracy w kopalni. Hill zaśmiał się mówiąc, że burmistrz jest w stanie oddać każdą ilość złota jedynie by rzucić ścierwo wygłodniałym szakalom. Po tamtych słowach dokonaliśmy handlu, a grupka handlarzy udała się do ratusza. Rey wręczył mi połowę sumy mówiąc, że nie zależy mu na tych pieniądzach i bym czym prędzej udał się do znachora.

>>Kolejny rozdział<<

>>Początek opowiadania<<

12 komentarzy:

  1. Niestety nie jestem od początku ale na pewno w wolnym czasie poczytam tą lekturę, bo zaciekawił mnie temat :)
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Ciebie również jeszcze nie raz odwiedzę :)

      Usuń
  2. Witam. Chciałabym się z Panem skontaktować. Czy jest taka możliwość? Byłabym wdzięczna za odpowiedź. Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszelkie pytania proszę kierować na maila:
      gi0vanni15003@gmail.com
      Dziękuję za zainteresowanie :)

      Usuń
  3. świetny post i świetnie piszesz i mega zdj :D pozdrawiam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję.
      Pozdrawiam również.

      Usuń
  4. Podoba mi się sposób w jaki piszesz. ..musze przyjrzeć się dokładniej blogowi bo zapowiada się ciekawie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, oczywiście zapraszam do obserwowania :)

      Usuń
  5. Ciekawe opowiadanie! Szkoda, ze nie czytałam wcześniejszych części, bo na pewno wiedziałabym więcej :D
    Littleredcherrysmile click

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Wystarczy przewinąć bloga :)

      Usuń