środa, 11 maja 2016

"Zmora" III

"Zmora" Rozdział III
Tego dnia wszystko wydawało się normalne. Ordon zapewniał mnie, że przez co najmniej trzy dni nie będzie roboty związanej z grzebaniem, za to czeka nas kilka drobniejszych prac na cmentarzu. Udaliśmy się do tego samego miejsca pochówku co ostatnio. W drodze staruszek opowiedział mi wiele ciekawych faktów o cmentarzu, oraz samym miasteczku. Brownsville z początku zamieszkiwała ludność turecka, składająca się jedynie z kilku osób, która została następnie wyparta przez kolonię angielskie, toteż niemal każdy mieszkaniec poza Reyem, kilkoma handlarzami i jednym z bankierem miał dalekie korzenie tureckie. Indianie nigdy tu nie mieszkali, bo uznali to miejsce za przeklęte z powodu olbrzymich inwazji żab, które zdarzyły się w bardzo nieregularnych odstępach. Cmentarz jest miejscem gdzie nie każdy może wejść kiedy tego chce, by odwiedzić to miejsce nie będąc grabarzem należy zwrócić się do burmistrza o pozwolenie. Postanowienie takie wydał pierwszy burmistrz Brownsville, którego nazwiska na ten moment nie mogę sobie przypomnieć. Tłumaczył to częstym rozkopywaniem zwłok przez miejscowych. Fakt ten wydał mi się wtedy bardzo podejrzany. Cmentarz jest nazywany "Karabam". Nazwę tę nadali pierwsi honorowi obywatele tego miasta. Przychodząc tu po raz drugi nie zastałem już widoku rozkładającego się truchła co uderzyło mnie niesamowitym zastrzykiem radości okraszonej swoistym niepokojem. W powietrzu unosił się miły, słodki zapach świeżo wypiekanych bułek dochodzący z piekarni odległej o ponad dwa tysiące stóp, a cały atmosfera tego miejsca wydawała się nadzwyczaj przyjazna.

Wziąłem się za pracę, która tego dnia była dla mnie czystą przyjemnością. Klee wydawał się być bardzo przyjacielską osobą pomimo złego pierwszego wrażenie, jakie zrobił na mnie ostatnio. Pomagał mi w razie najmniejszych problemów, a jego szczery uśmiech towarzyszył mu na ustach przez cały dzień. Po wypieleniu kilku grządek i zapaleniu zniczy przy grobach honorowych obywateli miasteczka, w których skład wchodzili przodkowie burmistrza i kilka nieznanych mi osób Ordon uroczyście ogłosił, że czas na moje właściwe szkolenie. Odsunął on pustą płytę nagrobną i wyjął z niej butelkę długowiekowej whisky, po napoczęciu jej poczęstował mnie. Nie mam zielonego pojęcia o czym mogliśmy rozmawiać przez ten czas, pamiętam, że płyta nagrobna była odsuwała przynajmniej kilka razy. Klee miał tam całkiem pokaźny zapas butelek, których zawartość szybko przelatywała przez nasze gardła. Za którymś razem zauważyłem owoc leżący między butelkami whisky. Przypominał on ten sam, którym częstowała mnie tajemnicza istota ze snu. Ku mojemu przerażeniu spostrzegłem, że jest on lekko nadgryziony, a po podniesieniu go i przytknięciu do szczęki wyglądało na to, że jest to dokładnie ten sam owoc. Blady spojrzałem na Ordona. Klee zażartował, że może czas już skończyć, bo wyglądam gorzej niż truchła spoczywające dwa metry pode mną. Z moich ust wyskoczyła żaba. Na tamten moment nie wiedziałem skąd ona się wzięła, ale bardzo mnie to przestraszyło. Upuściłem owoc, którego już później nie mogłem znaleźć. Ordon rozładował złowrogą atmosferę śmiejąc się, że widocznie znów mamy niesamowitą inwazję żab. Nie wiem ile wypiliśmy tamtej nocy. Moje oczy znużone i przepite zamknęły się, a świat zaczął powoli się zatrzymywać. Nagle ujrzałem przed sobą drzewo, na które zaczął wspinać się Rey wraz z Ordonem. Było bardzo wysokie, gdy ujrzałem ich na szczycie zląkłem się. Uśmiechnięty Rey chodził po gałęzi utrzymując ręce by złapać równowagę, gdy doszedł do końca zawołał mnie po imieniu. Wyskoczył z najwyższego punktu i z olbrzymim trzaskiem łamanych kości i plaskiem wystrzeliwujących narządów wewnętrznych spadł na ziemię. Ordon roześmiał się jak hiena i zrzucił na niego pustą butelkę po whisky, która stłukła mu jego głowę, a w zasadzie jej pozostałość. Ciało Reya natychmiast dopadło stado myszy, które pożerały jego zwłoki. W pewnym momencie usłyszałem głos Ordona każący mi się obudzić. Okazało się ponownie, że to tyko sen. Zasnąłem pod płytą nagrobną w której trzymaliśmy whisky. Staruszek pomógł mi wstać i zaprowadził do mojego domu.

>>Kolejny rozdział<<

>>Początek opowiadania<<

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz