wtorek, 10 maja 2016

"Zmora" II

"Zmora" Rozdział II
Gdy całe miasteczko zasnęło w bezlitosnej mgle, a moja twarz pokryła się potem, poszedłem dokonać pierwszego pochówku. Widok cmentarza nigdy nie przyprawiał mnie o dreszcze. Zawsze kojarzył mi się ze spokojnym miejscem w którym mogłem odwiedzić swoich nieżyjących już bliskich. Jednak cmentarz w Brownsville był nieco inny. Rozkopane szczątki ludzkie i zwierzęce oraz gnijące truchło, czekające na zakopanie od co najmniej kilku dni wokół którego krążył ruj much. Takie widoki towarzyszyły mi tej nocy, a do tego miałem zakopać tego zwierzaka, coś niespotykanie dziwnego. Gdy wykopałem wystarczająco głęboki dół usłyszałem warczenie jakiegoś psa. Próbowałem go odgonić. Nagle w okolicy poczułem słodkawą woń whisky, a zza moich pleców usłyszałem burczący dźwięk wydobywający się z pomarszczonych ust starego Ordona. Oznajmił mi spokojnym głosem, że moje odganianie stada szakali wcale nie przynosi spodziewanych rezultatów i dobrze by było, gdybym wrzucił tam kota i go szybko zakopał. Przyznałem mu racje, po czym z wielkim zapałem wziąłem się za działanie. Gdy wrzucałem kota do jego miejsca spoczynku szakal rzucił się na niego i zaczął go rozszarpywać. Z przerażaniem próbowałem  przestraszyć tą dziką bestię, wnet Ordon wykrzyczał jakieś dziwne słowo "misza". Nagle zwierze uciekło z otępieniem w swoich już nie drapieżnych oczach. Spytałem się go co oznacza to słowo. Ordon odpowiedział ostro i z powagą, że to tajemny czar odganiający pradawne demony. Zaśmiałem się po cichu, po czym usłyszałem wybuch śmiechu Ordona. Nie mógł się opanować. Dopiero przechylanie szklanej butelki z jego jedynym ratunkiem okazało się zbawieniem dla moich uszu. Po zakopaniu niewinnego zwierzaka, udaliśmy się z powrotem do szopy. Tam już czekał Rey, który wręczył mi uroczyście łopatę i oznajmił, że jestem trzecim żyjącym grabarzem Brownsville. Słowo "żyjący" wypowiedział z niemałą ironią. Poinformował mnie o moich obowiązkach, które odczytał z jakiegoś urzędowego, nic dla niego nie znaczącego wpisu, którego czytał w sposób niesamowicie niewyraźny i nieskładny. Jego słowa w pewnym momencie zaczęły przybierać nieoczekiwaną formę, a język urzędowy zaczynał przeplatać się z łaciną. Tykający zegar stawał się już niewyraźnym tłem i echem słów, które zaczęły dokładnie do mnie docierać. Wnet przeszył mnie dźwięk tak głośny, że po nim usłyszałem tylko pisk. Szyba w pokoju, w którym byliśmy została zbita przez jakieś nieokreślone zjawisko. Ordon podszedł do okna i z zupełnym brakiem zainteresowania zaczął zamiatać potłuczone szkło ręką. W tamtym momencie Rey spytał się mnie czy rozumiem moje obowiązki. Skłamałem, mówiąc, że wszystko jest dla mnie jasne.  Nawet nie pamiętam, w którym momencie udałem się do domu, którego tak nie lubiłem, ale w drodze powrotnej zobaczyłem czarnego kota przebiegającego mi drogę i mimo, iż nie jestem przesądny bardzo się zląkłem. Byłem pewny, że nie jest to ten sam, którego zakopałem, ale w mojej duszy grał niepokój rozbujany przez świst upiornych drzew.

Z oddali wyłoniła się lśniąca istota i mój strach w dziwaczny sposób zniknął. Była to blada kobieta o nienaturalnie długich nogach podążająca w powolnym, romantycznym tańcu w moją stronę. Jej usta podobnie jak gałki oczne były zupełnie białe i pozbawione blasku. Z oddali wyczuwałem jej woń, był to piękny zapach drzewa sandałowego wymieszany z wodą różaną. Zatrzymałem się ukojony jej spojrzeniem. W rękach trzymała jakiś owoc, który dała mi wkładając powoli do ust. Zasłoniła mi oczy chustą, a jej ciało zaczęło oplatywać moje w bardzo powabny sposób. Szeptała do moich uszu uwodzicielskie słowa przygryzając je z lekka. Nie mogłem zrozumieć sytuacji w której się znalazłem, nie byłem w stanie odmówić, a jednocześnie mój strach wzmagał podniecenie do tego stopnia, iż samo to spotkanie przyrównałbym do miłości z piękną hiszpanką jaką nieraz mogłem spotkać zanim jeszcze pojawiłem się w Brownsville. Jej piersi tak mocno przyciskały moje płuca, że nie mogłem złapać oddechu. Zaciskałem moje paznokcie na jej plecach i czułem jednocześnie strach i nieugaszone, drapieżne podniecenie, które jak zimno jej ciała przyszywało mnie do szpiku kości. Gdy już miałem tracić przytomność obudziłem się. Uświadomiłem sobie, że mam bardzo dziwne sny. To miejsce, te zdarzenia i pleśń tego domu zapewne zbyt mocno trafiają do moich narządów percepcyjnych.


>>Kolejny rozdział<<
>>Początek opowiadania<<

4 komentarze:

  1. Początek zapowiada się jak na razie bardzo ciekawie, akcja gna do przodu. Wizje, paranormalne zjawiska karzą mi podejrzewać, że miasteczko skrywa jeszcze wiele sekretów, a ludzie w nim też swoje wiedzą. Co do głównego bohatera jak na razie niewiele się dowiadujemy, ale wydaje się, że on sam nie do końca jest taki "czysty" jak to wygląda. Pozdrawiam! :)
    http://nawiedzonadroga.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za szczerą opinię. Zapraszam do bycia na bieżąco i komentowania. Zamierzam codziennie dodawać po jednym rozdziale :)

      Usuń
  2. piszesz bardzo ciekawie ;)

    http://zyciepiszehistoriee.blogspot.com/

    Pozdrawiam Zuzia :)

    OdpowiedzUsuń