środa, 25 maja 2016

"Zmora" X

"Zmora" Rozdział X

Widziałem ciemność. Zaraz pulsujące światło. Moja skroń była rozpalona do granic możliwości. Czułem, że ból promieniuje w dół, a moje wnętrzności rozrywają się z niewyobrażalną siłą. Podniosłem głowę czując otępienie i bujanie jak w tonącym statku. Moja dłoń, moje stopy! Wszędzie robactwo! Pożerały moje wypalone wnętrzności, jak trupa na ziemi cmentarnej. Rey potrząsnął mnie swoją umięśnioną ręką budząc z tego koszmaru. Czułem jeszcze woń alkoholu zalatującą z jego ust po wczorajszym piciu. Spytał się mnie czy wszystko w porządku z wielkim przejęciem w głosie. Dotarło do mnie, że być może podobne sny nękały go tamtej nocy. Jednak nie byłem w stanie określić tego czy na mojej klatce spoczywała niedawno niewidzialna materia jak w przypadku reszty grabarzy. Moje rozmyślenia przerwał Ordon, który zachrypniętym, przepitym głosem oznajmił, że wyruszamy do kopalni, by dokonać interesów. Ruszyliśmy powozem zaprzęgniętym w dwa silne konie, który użyczył nam znachor. Udeptana ścieżka prowadziła nas do słynnej kopalni tego przedziwnego miasteczka. Zadziwił mnie fakt, że po zajechaniu na miejsce zastaliśmy znachora już czekającego na nas. Wysłał nas przecież po to byśmy to my dokonali interesów, ale być może jego obecność wynikała z ostrożności by nasza transakcja przebiegła pomyślnie. Siedzieliśmy na niskich, niemal dziecięcych krzesełkach w drewnianej budce służącej jako "prowizoryczne miejsce spotkań zarządu kopalni" jak to ładni określił Rey. Zajęliśmy miejsca przy dębowym, pięknie lakierowanym stole i wpatrywali się w postać brodatego burmistrza, który zaczął swoją wypowiedź jakby był prezydentem jakiegoś istotnego państwa. Używał języka tak oficjalnego i w swojej istocie mądrego z jakim się jeszcze nie spotkałem. Łącząc to z faktem, że odbywało się to w tak niewielkim i prowizorycznym pomieszczeniu, a było nas łącznie czterech całokształt sytuacji był dla mnie niemal komiczny. Znachor zaklął siarczyście i wypowiedział jedne słowo wyrażające jakąś niewielką liczbę. Burmistrz powtórzył tą liczbę i uroczystym uściśnięciem ręki zakończył swoją porywającą wypowiedź. Stary duchowny wskazał miejsce, w którym odłożył worek z pieniędzmi i zaczął nas prowadzić do wejścia kopalni. Wychodząc zauważyłem, że burmistrz nawet nie przeliczył pieniędzy w worku tylko ruszył za nami w głąb. Szybko zorientowałem się, że nawet Spartanie w najgorszych okresach swoich dziejów mieli o wiele lepsze warunki pracy i życia. Wąskie odcinki, przez które ledwo dało się przejść, gorące stęchłe powietrze uniemożliwiające pełny oddech, pył i ogólny hałas. Przechodząc pierwsze kilkadziesiąt stóp zdążyłem zahaczyć o kilka ostrych skał wobec czego doszedłem z całkowicie podartymi spodniami na miejsce, w którym pracowali górnicy. Zadziwiał mnie fakt, że są oni w stanie zrobić pełny zamach kilofa w tak wąskich korytarzach. Obserwując jednego z nich zauważyłem, że posiada asymetryczną i skrzywioną budową ciała. Nie mogłem patrzyć w jego oczy, bo ich biel przeszywała mnie pozbawiając komfortu. Większość z nich była ślepa jak krety, a ich zmizerniałe ciała oddawały do otoczenia zapach gnijącego truchła. Z ich pociętych ramion wypływała ropa zmieszana z pyłem unoszącym sie dookoła. Gangrena była ogromną plagą, która pożerała większość pracujących tu osób.

Uśmiechnięty burmistrz w pewnym momencie wyprzedził nas, by następnie się zatrzymać i wskazać palcem na kilku górników. Znachor zaśmiał się tak głośno, iż jestem pewny, że w całej kopani było słychać ten szyderczy śmiech. Jeden z górników odwrócił się w stronę duchownego. Burmistrz podszedł do niego, wyjął krótki scyzoryk i trzymając go za pukiel włosów zaczął podrzynać gardło. Krew trysnęła na kilku pracujących tu ludzi, ale widocznie nie robiło im to różnicy, gdyż pracowali nadal nieustannie, bez żadnego wzruszenia. Po ukaraniu surowo ciekawskiego górnika burmistrz oznajmił, że już pierwszego możemy zabrać, pozostałych pięciu padnie z wycieczenia do wieczora. W tym momencie podszedł strażnik, który chciał sprawdzić czy nic się nie stało. Widząc, że na ziemi leży martwy górnik, a na marynarce burmistrza jest mnóstwo krwi wyjął z kieszeni chusteczkę, by choć trochę oczyścić ubranie polityka. Następnie zabrał zwłoki w górę kopalni i oznajmił, że będą już czekać na wywiezienie. Idąc w stronę wyjścia z kopalni zauważyłem żołnierzy prowadzących świeżo pojmanych jeńców, którzy mieli do wyboru, albo śmierć, albo praca w kopalni. Pewnie nie rozumieli tego, że piszą się na coś jeszcze gorszego. Sam osobiście wolałbym zostać poćwiartowany niż móc doświadczyć takiego rodzaju pracy. Wychodząc z kopalni zaczepił mnie kucharz, który właśnie przygotowywał posiłek dla górników. Burmistrz poprosił mnie bym mu pomógł. Z chytrą miną dodał, że mogę się dowiedzieć o kilku tajemnicach tej kopalni. Kuchnia była ogromna, przypominała swoją wielkością hol w domu znachora. Kucharz prosił o pomoc we wstawianiu olbrzymich kotłów z zupą na ogień. Pomogłem mu, po czym dostałem do ręki coś przypominające mąkę, jednak kucharz surowo zabronił jej smakować. Powiedział, że to tajny składnik, który pozwoli mi dalej pracować w swoim zawodzie. Miałem dosypać do każdego kotła niecałą szczyptę tej trucizny, do małego kociołka przeznaczonego dla wskazanych dzisiaj górników miałem wsypać łyżkę stołową proszku. Kucharz uśmiechnął się po czym dodał, że w smaku jest to całkiem niezłe, jednak lepiej nie przesadzać, bo można przez to stracić nie tylko wzrok.

wtorek, 17 maja 2016

"Zmora" IX


"Zmora" Rozdział IX
Noc była piękna i gwieździsta. Nie mogłem zasnąć czując narastający niepokój bijący z tego dziwnego i przerażającego miejsca jakim był dom znachora. Leżąc samotnie w małym i ciasnym pokoju pod schodami słyszałem głośnie chrapanie starego duchownego. W pewnym momencie z oddali dobiegł mnie cichy pisk, który pochodził z pokoju w którym spali grabarze. Był nienaturalny, dyskretny, nieludzki. Brzmiał jak odgłosy jakiegoś połączenia szura z człowiekiem. Przeraził mnie do szpiku kości, tak, że mój nierówny oddech nieumyślnie zgasił świecę. Zapaliłem ją ponownie i powolnym krokiem zbliżałem się do pokoju, w którym spał Ordon i Rey. Otwierając drzwi zauważyłem białą niewyraźną twarz. Moje serce niemal stanęło, umysł odmówił posłuszeństwa. Przybliżając świecę zauważyłem wiszącą szlafmycę znachora. To nic takiego przecież, to tylko czapką, którą zostawił tutaj staruszek. Po pokoju przebiegła mysz, która weszła gdzieś w szczelinę tego okurzonego i nieużytkowanego pokoju. Zadziwiał mnie fakt niedbalstwa tego miejsca, ale widocznie znachor celowo prosił, by służba tutaj nie przychodziła. Na dwóch pojedynczych łózkach rysowała mi się w blasku księżyca twarz Reya i Ordona. Obaj byli pijani, w powietrzu unosiła się słodkawa woń alkoholu, a zimno dobiegające z nieszczelnego okna zadygotało moim zmarzniętym ciałem. Przede mną stała wielka biblioteczka pełna pradawnych księg. Z wielką dyskrecją otworzyłem jedną z nich. Moje przepite oczy obserwowały po raz pierwszy stronice oprawionego ludzką skórą Diabolirisu. Poczułem, że mój duch zaczyna przybierać na wadze i uderzyło mnie jednocześnie podniecenie i strach jak wtedy, gdy dotykała mnie nieznana istota ze snu. Uświadomiłem sobie, że mój pierwszy osąd dotyczący Nathana był mylny. Nie jestem pewny tego co widziałem w rytuale i na ile sen zgadzał się z rzeczywistością. Jedno jest pewne: znachor jest w posiadaniu demonicznych ksiąg o wielkiej mocy. Musiał on więc zgłębiać dniami i nocami tajemnice, o których nawet wielkim magom się nie śniło, lecz nawet teraz trudno w to uwierzyć trzymając tą diabelną księgę. Odkładając Diabolirisu usłyszałem płytki oddech Reya, tak jakby ten gest zaplątywał mu stryczek wokół szyi. Podniosłem księgę ponownie, ale nie pomogło to mu w żaden sposób. Rey dusił się przygwożdżony ciężarem jakiejś niewidzialnej materii. Jego klatka piersiowa z lekka opadła. Nagle obudził się z pohamowanym jękiem i spojrzał na moją sylwetkę. Przestraszyłem się. Odwróciłem moją głowę i zacząłem obserwować Ordona, który podobnie jak Rey przed chwilą dusił się pod ciężarem niewidzialnej materii. Nie jestem pewny codo tego co widziałem później. Mam wrażenie, że tamtej nocy mijałem znachora, która była nieco przemieniony, wydawał się być duchem. Nie wiem teraz sam czym jest zmora, która chyba wszystkich nas nęka. Obawiam się, że znachor nie jest zbyt dobrym człowiekiem. Ale jaki miał cel, by zmieniać się w kobietę i nękać nasze już udręczone dusze przez gnijącą ziemię cmentarną. A może wszystko jest snem? >>Początek opowiadania<<

poniedziałek, 16 maja 2016

"Zmora" VIII

"Zmora" Rozdział VIII
Kolejne dni budziły się z wolna do życia. Nie nękały mnie już straszne sny od około tygodnia, co bardzo mnie cieszyło. Powietrze było przesiąknięte stalową ciszą po udanych dniach handlowych w Brownsville. Dom wuja Marmy był miejscem, w którym chciałem spędzić całą resztę tego pięknego rozpalonego przez złociste słońce dnia. Dysponowałem już solidną sumą pieniędzy, toteż nie miałem problemu z zakupieniem towarów tak ekskluzywnych jak mielona kawa czy gorzka czekolada, którą uwielbiałem w mojej wczesnej młodości. Po długim regenerującym śnię zszedłem starymi, drewnianymi, skrzypiącymi schodami na parter, w którym mieścił się duży pokój i kuchnia, w której właśnie zamierzałem przygotować sobie pierwszy posiłek. Przerzucałem na drewnianą deskę duże plastry bekonu i wołowiny, które następnie kroiłem w cieniutkie paski ostrą jak brzytwa finką, którą znalazłem kiedyś w zakurzonych zakątkach tego domostwa. Ostrze noża przesuwałem po krwistym mięsie z niezwykłą szybkością, a następnie wrzucałem je do rozgrzanego na patelni tłuszczu zwierzęcego. W pewnym momencie zbyt daleko odsunąłem nóż i naciąłem sobie tętnice w palcu wskazującym mojej prawej ręki. Krew zaczęła szybko ze mnie ulatywać, dlatego szybko zatamowałem krwotok moją bluzką. Nie zauważyłem Reya, który stał w drzwiach i z roześmianą miną uważnie obserwował moje nieudolne przyrządzanie śniadania. Rozgniewałem się na niego z tego powodu, jednak mój gniew zaraz minął gdy Hill zaczął pomagać mi w przygotowaniu jedzenia. Zaparzyliśmy przepyszną kawę, która służyła nam jako wypełnienie tego tłustego i ciężkostrawnego posiłku. Plastry bekonu i wołowiny zagryzaliśmy sadzonymi jajkami wpatrując się w piękną pogodę jaką mogliśmy obserwować za oknem. Po skończonym śniadaniu wstaliśmy. Mimo moich planów na spędzenie całego dnia w domu wybraliśmy się na długi spacer po okolicy. Rey pokazywał mi z oddali zarys starej kopalni, której nie miałem jeszcze okazji zobaczyć. Była ona osadzona na niewielkim wzgórzu, a drzewa rzucały na nią złowieszczy cień, który przysporzył mnie o dreszcze. Z oddali zauważyłem sylwetki ludzi, którzy zapewne podążali właśnie na swoją zmianę w pracy. Pomimo, iż do kopalni miałem około tysiąc stóp z całą pewnością mogłem stwierdzić, iż ciała górników są bardzo zmizerniałe. Potwierdziła to dłuższa obserwacja przez lornetkę, którą miałem akurat przy sobie, bym w razie zachcianki mógł obserwować lecące sępy. Hill zaproponował mi byśmy dziś nocowali w domu znachora, gdyż jako grabarze dostaliśmy od niego serdeczne zaproszenie na kolację. Byłem trochę niechętny, by spędzić z tym starcem wieczór, ale widząc zakłopotaną twarz Reya instynktownie się zgodziłem. Obserwując po raz wtóry miejsce zamieszkania znachora nie wzbudzało już ono we mnie takich emocji jak za pierwszym razem. Ciężko mi było uwierzyć, że jeszcze tak niedawno odbywał się tu przedziwny rytuał. Będąc goście na kolacji u Nathana nie mogłem zrezygnować z zapytania się, gdzie spoczywają szczątki jego wszystkich przodków. Staruszek zaśmiał się uderzając sztućcami w stół jakby prosił służbę o dokładkę i spytał się wprost czy rozkopałem już wszystkie groby. Ordon wyprzedził moją odpowiedź mówiąc, że jest pewny tego, że rozkopałem tylko jedną mogiłę. Mówili to w sposób tak łagodny, wręcz pieszczotliwy jakby ten fakt nie był ani trochę dziwny. Rey spojrzał się na mnie ze wzrokiem pełnym udawanej pewności siebie i oznajmił, że kolejną dostawą trupów już mogę zajmować się ja. Nie wiedziałem co mam odpowiedzieć, poczułem się bardzo dziwnie. Wiedziałem, że profity będą bardzo wysokie. Znachor oraz burmistrz opłacali mnie bardzo sowicie i nigdy do tej pory nie żyłem wśród takiego bogactwa, kontrastującego z moim poprzednim stanem majątkowym. Z wielkim zawahaniem zgodziłem się. Ucieszony znachor odkorkował butelkę dobrego whisky.

Ordonowi zadygotały ręce, które ledwo utrzymywały szklankę. Często zastanawiałem się dlaczego ten wspaniały człowiek wpadł w tak wielki nałóg. Podejrzewałem, że było to spowodowane jego dziwaczną pracą. W końcu grabarz to dość nietypowy zawód, ale czy również i moja przyszłość tak będzie wyglądać?
>>Kolejny rozdział<<

  >>Początek opowiadania<<

niedziela, 15 maja 2016

"Zmora" VII

"Zmora" Rozdział VII

Nie jestem w stanie wytłumaczyć skąd brały się moje sny. Instynkt podpowiadał mi, że to zła aura Brownsville wpływa na mnie bardzo niekorzystnie. Próbowałem wytłumaczyć sobie racjonalnie każdy detal co niejednokrotnie spędzało mi sen z powiek. Być może moje sny były spowodowane jakimś zapachem, który przeszywał moje nozdrza niczym woń tamtego kadziła w domu znachora, czy pleśń w domu wuja Marmy, jednak zawsze, gdy próbowałem odnaleźć rozwiązanie tej diabelnej układanki na końcu dochodziłem do punktu, w której jeden element zupełnie nie pasował. Byłem pewny, że istota ze snu nie jest nikim dobrym. To prawdopodobnie demon, który pokochał nękanie mnie w nocy z jakiegoś powodu. Nie miałem pewności czy ta przedziwna istota może istnieć w świecie żywych pomimo, iż jej znaki odnajdywałem niejednokrotnie w moim otoczeniu. Po przebudzeniu się ze snu, a może nawet transu poczułem silny ból w krzyżu, który przez kilka godzin uniemożliwił mi sprawne poruszanie się. Leżąc niemal nieruchomo na podłodze byłem wpatrzony w ranę na moim przedramieniu, którą w czasie snu zadała mi bestia. Moje półnagie ciało rozłożone na holu zbladło na wzór górników, którzy leżeli martwi tuż obok mnie. Nie czułem już nawet strachu. Moje serce wypełniała bezsilność o tak wielkim stopniu, że każdy centymetr wokół mnie zdawał się emitować mroczną barwę mojego upodlonego stanu ducha. Znachor obejrzał mnie z wielką starannością po czym zdezynfekował moją niegroźną ranę. Robiąc to zachowywał się zupełnie normalnie jak gdyby rana była wytworzona na wskutek zwyczajnego zdarzenia, które miało miejsce w świecie żywych. Następnie odesłał mnie do domu mówiąc, że wszystko jest w porządku w całkiem szczery, nietypowy dla niego sposób. Moja kolejna noc w domu była już zupełnie normalna. Od tamtego momentu miałem wrażenie, że cierpię na jakąś chorobę psychiczną, która jak plaga pożera moją duszę i serce. Być może to rzeczywistość jest zupełnie normalna, ale ze mną jest ciągle coś nie tak. Po pewnym czasie również taki pogląd zaczął we mnie obumierać. Ginąłem w niejednostajnym toku myśli, które powodowały we mnie często większy strach niż same sny, które mimo swojej mroczności i zła jakie niosły wydawały się być tylko snami z namiastką czegoś nienormalnego. Przez kilka następnych dni musiałem się przyzwyczaić do osoby Nathana, który zapewniał mi dobrze płatną pracę. Nie uczestniczyłem już w rytuałach, gdyż moją obecność duchowni uznali już za niepotrzebną. Zajmowałem się jedynie przewożeniem zwłok z kostnicy do domu znachora. Nie miałem pojęcia co się dzieje dalej z truchłami górników. Wiedziałem tylko, że za resztę jest odpowiedzialny głownie Ordon. Rey wspominał, że dostarczanie trupów z domu znachora do cmentarza jest bardzo poważną i niebezpieczną funkcją i nie można jej powierzyć byle komu.  Hill wspominał również, że zobowiązuje go przysięga i nie może wyjawiać kiedy i w jaki sposób przychodzi transport trupów z domu znachora. Fakt ten bardzo mnie zdziwił. Wiedziałem, że za wszystkim kryć może się niesamowita intryga i przez cały czas próbowałem ją rozwikłać. Pewnego dnia Ordon polecił mi wykopanie kilku dołów o głębokości trzech stóp i szerokości pozwalającej na zmieszczenie trumien.



 Był to upalny i ciężki dzień. Słońce rozpalało moje chore żądze kryjące się w zakątkach spaczonej przez pracę psychiki. Korzystając z całego dnia samotności postanowiłem poznać przodków Nathana, których odkopywanie nie powinno zająć mi zbyt wiele czasu. Stalowa łopata szybko przerzucała wilgotną, brunatną ziemię wypełniającą cmentarne wzgórze Karabam. Po dokopaniu się do odpowiedniej głębokości mogłem stwierdzić jeden przerażający fakt. Szczątki ojca Nathana być może nigdy nie spoczywały na cmentarzu Karabam. Nie odnalazłem trumny, ani żadnych pozostałości po ciele człowieka. Od tamtego momentu zaczynałem nabierać podejrzeń, że jedyne szczątki zakopane na tym cmentarzu to pozostałości po kocie, które złożyłem podczas mojego chrztu grabarza.
>>Kolejny rozdział<<
>>Początek opowiadania<<

sobota, 14 maja 2016

"Zmora" VI

"Zmora" Rozdział VI
Nie czekając na odpowiedź znachor wyciągnął ze swojej torby jakąś pradawną księgę i stojąc u progu zaczął dzwonić dużym kilku-funtowym dzwonkiem, który stał zaraz przed drzwiami wejściowymi. Zrozumiałem, że nawołuje właśnie wszystkich mieszkańców uduchowionych. Wykrzykiwał słowa, prawdopodobnie po łacinie. Z oddali zauważyłem grupę ludzi zmierzających otępiałym, powolnym krokiem w stronę domu znachora. Księżyc zaczął świecić silnym, jednolitym blaskiem porównywalnym do blasku słońca. Z oddali usłyszałem przedziwne dźwięki przypominające muzykę jakiegoś szalonego skrzypka. Moje serce wypełnił prawdziwy niepokój, gdy z okolicy zaczął dobywać się dźwięk tysięcy łopat rytmicznie wymieszany  ze stukotem pędzących koni dobiegające z tak potworną siłą, iż ziemia pode mną się zatrzęsła. Cała ta demoniczna symfonia ucichła, gdy Nathan przestał dzwonić dzwonkiem. Wszyscy wezwani mieszkańcy zjawili się w dużym holu, do którego zaprowadził ich wszystkich stary znachor. Było to dziwne miejsce przepełnione pięknie wykończonymi gotyckimi meblami. Olbrzymi pokój otaczały wysokie, solidne, kamienne ściany, które potęgowały mroczność tego miejsca. Wokół były ustawione spore, woskowe znicze, które paliły się co najmniej od kilku dni. Atmosfera tego miejsca przypominała mi nieco piwnicę, w której byłem jeszcze przecież tego samego dnia, ale sposób uporządkowania mebli i ich stopień zadbania odróżniał się od zagraconej kostnicy. Harmoniczne ustawienie przedmiotów, które swoim wyglądem przypominały pradawne artefakty, oraz zachowanie przybyłych tu gości utwierdziły mnie w przekonaniu, że zaraz odbędzie się jakiś nieznany mi rytuał.
Łapiąc się za ręce utworzyliśmy krąg w środku którego były ustawione ciała zwrócone głowami do siebie. W centrum tej figury stał znachor, który położył księgę na ziemi, a następnie niczym dyrygent orkiestry uniósł obie ręce w górę. Przypominał swoim wyglądem wielkiego hrabię, który z olbrzymią gościnnością przyjmuje nieznanych przybyszy. W tamtym momencie z potwornym, nienaturalnym rykiem zaczął wymieniać słowa z księgi leżącej zaraz pod jego skórzanymi butami. Nawoływał imiona demonów, które mają przejść z ciał żyjących tu ludzi do świata umarłych. Zrozumiałem, że trzy ciała leżące na ziemi mają być swoistą pożywką dla demonów, które zostaną w nich zamknięte.  Dla niedowiarków cała ta sytuacja byłaby zupełnie komiczna, gdyż ciężko traktować poważnie niedołężnego starca wyglądem przypominającego żydowskiego handlarza stojącego po środku trzech trupów, który wykrzykuje utartą formułkę z jakiejś antycznej książki. Pomimo uczestniczenia w tym rytuale i sytuacji, które wydarzyły się bezpośrednio przed nim nie byłem w stanie uwierzyć, że sposób prowadzenia tego wydarzenia miał jakikolwiek inny cel niż zabraniu pieniędzy ludzi z tego przesądnego miasteczka jakim było Brownsville. W trakcie moich przemyśleń znachor zaczął rozcinać sztyletem ciała prowadząc go wzdłuż mostka, aż dochodził do pasa. Następnie podważając żebra wielkim, stalowym  łomem łamiąc je, by mógł dostać się do serca nieżyjących górników. Wyciągając je podnosił do góry wypowiadając kolejne utarte formułki. Ciała wypełniał jakimś zielem, które pełną garścią nabierał z wiklinowego kosza przyniesionym przez jednego z przybyłych duchownych. Ciała następnie były starannie zaszywane i namaszczane pięknie pachnącymi wonnościami przypominającymi zapachem olejek kokosowy. Po skończonym rytuału wszyscy rozeszli się w swoją stronę. W całym tym transie nie znalazłem niczego nadprzyrodzonego, a sam starzec przypominał mi amatorskiego spirytystę, który starał się zwrócić na siebie uwagę. Nie byłem jednak w stanie mu tego powiedzieć wprost w jego rozbiegane, pazerne oczy. Zanim zdążyłem wyjść Nathan złapał mnie kurczowo za rękę z taką siłą, że odcisną ślad swoich długich, zadbanych paznokci na moim przedramieniu. Spojrzał wprost w moje pewne siebie oczy spojrzeniem pełnym niepokoju i zatroskania. Nie zrozumiałem tego gestu i ze zdenerwowaniem wyszarpałem swoją rękę  ze szponów tego dziwaka. U progu drzwi zastałem dwumetrowe monstrum przypominające wyglądem kobietę z mojego snu.

Z szeroko otwartymi powiekami obserwowałem jej śnieżnobiałe zęby na których osadzała się skrzepnięta krew. Jej nienaturalnie długie, umięśnione nogi przybrały szarawy odcień, a twarz przypominała wyglądem bardziej demoniczną niżeli ludzką. Postrzępione, czarne włosy oplątywały jej nagi tors, a stopy nie stąpały tylko z lekka unosiły się nad ziemią. Spojrzała się na mnie wzorkiem tak rozpalonym niezwykle przejmującym gniewem i nienawiścią, że moje serce zaczęło pracować szybko i nierytmicznie. Szybkim ruchem jej potężnej dłoni odtrąciła moje studwudziestofuntowe ciało, a szpony instynktownie zagnieździła w szczęce pastora. Wbijając zaostrzone pazury rozerwała żuchwę staruszka, z której wypłynęła fontanna krwi. Swoje długie zęby wbiła w jego gardło śmiejąc się przy tym dźwiękiem przypominającym cyklicznie powtarzany pisk niesfornego dziecka. Potwór oplatał brzuch martwego już starca wypalając go kwasem, który jak ropa wypływał z wnętrza jej poranionego torsu. Oglądałem to widowisko z przerażeniem, którego nigdy wcześniej nie zaznałem. Po pożarciu znachora bestia odwróciła się w moją stronę i lekkim pociągnięciem pazura zadała mi ranę na moim przedramieniu. Nie wiem co mnie podkusiło by wykrzyczeć "misza" z całych moich sił, ale zrobiłem to oczekując chyba, że to słowo uratuje mi życie jak wtedy, gdy byłem na cmentarzu wśród szakali. Monstrum spojrzało się na mnie i piskliwym głosem spytało się czemu ją wzywam po raz kolejny. Poczułem zimno na mojej skroni rozchodzące się promieniście, a w tle słyszałem głos Reya, który dobiegał do mnie z oddali. To tylko sen, ten sam co zawsze. Obudziłem się w pokoju rytualnym po środku trzech ciał górników zwróconych do siebie twarzami. Moja osoba została wykorzystana do rytuału, którego tak naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć.


>>Kolejny rozdział<<


>>Początek opowiadania<<

piątek, 13 maja 2016

"Zmora" V

Zmora "Rozdział V"
Ten wieczór był inny niż poprzednie. W powietrzu wisiał zamęt, a ja przechodziłem przez tajemnicze uliczki mojego urokliwego miasteczka. Z oddali zauważyłem rozpalone oliwne lampy, które rzucały tajemniczą poświatę na miejsce zamieszkania znachora. Był to olbrzymi, kamienny dom ozdobiony kunsztownie drewnem dębowym na dachu którego stały solidne, kamienne posągi skrzydlatych istot, których nigdy dotąd nie widziałem. Z oddali wyczułem silną woń kadzidła, która podrażniała moje nozdrza przyszywając o nieprzyjemne dreszcze. Zanim jednak zapukałem do drzwi tego mieszkańca poczułem nieopisany i niezidentyfikowany strach pochodzący z czeluści mojego serca. Nie byłem pewny co może mnie w tym dziwnym miejscu czekać. Drzwi powoli uchylił mi stary brodaty mężczyzna o bardzo chytrym i podejrzliwym spojrzeniu. Jego długi nos przypominał mi żydowskich handlarzy, jakich mogłem nieraz zobaczyć pracując przez krótki czas w porcie. Znachor nie wzbudzał mojego zaufania swoim wyglądem, a jego zachowanie z początku świadczyło o udawanej gościnności. Zaprosił mnie serdecznie do środka pokazując powolnym ruchem ręki krzesło, na którym mogłem się wygodnie usadowić. Nie zadawał mi żadnych pytań . Złoto, które dostałem od Reya położyłem na starym, drewnianym stoliku.

Znachor starannie przeliczył drobinki tego kruszcu i zadał mi pytanie czym się zajmuje. Na moją odpowiedź, iż jestem grabarzem uśmiechnął się i zanim zdążyłem dokończyć na czym moja praca polega zadał kolejne pytanie. Jego głos przypominał bardziej warczenie psa niż dźwięki, które pochodzą z ust człowieka toteż nie zrozumiałem go zupełnie. Znachor powtórzył swoje pytanie z niezwykłą dokładnością co mocno kontrastowało z tym samym zdaniem wypowiedzianym dosłownie przed chwilą. Pytał się ile ludzi dotąd zakopałem. Z niepewnością w swoim młodzieńczym głosie odpowiedziałem, że nikogo. Starzec zapytał się czy bardzo mi zależy na spełnianiu moich wszystkich obowiązków zawodowych. Spojrzałem w jego rozbiegane i chytre oczy. Dodał zaraz, że zajmuje się on pielęgnacją zwłok przed ich pochówkiem. Uśmiechając się złowrogo rozsypał garstkę złota, którą położyłem na stoliku. Powiedział, że od dziś on jest moim przełożonym i mam się go słuchać. Chciałem stanowczo zaprotestować, ale przerwał mi moją wypowiedź pytaniem o moje ostatni sny. Spojrzałem na niego z niepewnością. Znachor zaśmiał się głośno i powiedział, że rozmawiał ostatnio z Ordonem. Dodał, że wszystko jest na dobrej drodze. Nie wiedziałem co mogę odpowiedzieć, nie rozumiałem bowiem co miał na myśli. Rzucił we mnie workiem złota z taką siła, że spadłem z krzesła. Dodał, że ma na imię Nathan i tak się ma do niego zwracać. Polecił mi bym przyniósł trzy ciała z miejscowej kostnicy o której dotąd nie miałem nawet pojęcia. Kazał mi zabrać złoto które przyniosłem oraz ten niemal półfuntowy worek, którym we mnie rzucił. Powiedział, że jest to wynagrodzenie za moją przyszłą pracę. Wychodząc z domu Nathana u progu drzwi spotkałem Ordona, z którym udałem się do kostnicy. Było to miejsca tak diabolicznie tajemnicze, że nie jestem w stanie tego opisać słowami. Światło księżyca przechodzące przez brudne szyby dawało zielonkawy blask mglistemu powietrzu, które przepełniało moje serce niespotykanym dotąd żalem. Była to stara piwnica z olbrzymią ilością zakurzonych zdartych, zardzewiałych i zbutwiałych rupieci. Nie było czuć żadnego zapachu, który podrażniałby mój wyczulony węch. Zimno tego pomieszczenia przepływało przez każdą kroplę krwi w moim ciele odurzając mnie jakiś hipnotycznym otępieniem. Jak można się było spodziewać wszystkie trzy ciała to pozostałość po górnikach z pobliskiej kopalni złota. Ich ręce były poranione, a ciała tak wychudzone i mizerne, że zdziwił mnie fakt, iż są to szczątki ludzki. W ciemności tego niezwykłego pomieszczenia nie dostrzegałem już bowiem zarysów, być może przez jego narkotyczną aurę. Podnosząc ciało pierwszego z nich uderzyło mnie ciepło pochodzące z jego klatki piersiowej. Upuściłem trupa, który spadło na ziemię. Dotknąłem jeszcze palców, by się upewnić czy nie trzymam osoby żywej. Z całą pewnością mogłem stwierdzić, że zimno rozchodziło się promieniście w stronę grubszych kończyn. Górnik zmarł prawdopodobnie jakąś godzinę temu. Spytałem się Ordona dlaczego grzebiemy świeże ciała. Klee spojrzał się na mnie ze smutną miną tak jakby chciał powiedzieć "za jakie grzechy muszę z tym człowiekiem pracować" i zaśmiał się ironicznie, że takie pytania mogę jedynie zadawać tym, którym za bardzo się śpieszy umierać. Ciała górników były bardzo lekkie toteż nie było problemu z ich załadunkiem do wozu, którym niespodziewanie przyjechał Rey. Zabraliśmy wszystkie truchła do znachora, który spojrzał się na nas z olbrzymim podnieceniem. Wykrzyczał, że na każdego trupa przypada jeden grabarz. Zdanie to wzbudziło we mnie podejrzenia. Spojrzałem na Reya i Ordona, którzy stali jak w jakiś transie nie okazując żadnych emocji. Znachor spojrzał się na mnie i zadał nam trzem pytanie czy chcemy uczestniczyć w tym co musi się wydarzyć.


>>Kolejny rozdział<<

>>Początek opowiadania<<

czwartek, 12 maja 2016

"Zmora" IV

"Zmora" Rozdział IV
Następne dni mijały mi w spokojnej tonacji. Razem z Reyem spacerowałem po Brownsville i rozmawiałem o naszej wczesnej młodości, rodzinie, zainteresowaniach. Szybko stał się moim przyjacielem w tych jakże zmiennych kolejach losu. Mieliśmy wiele wspólnych tematów, a mój młodzieńczy wiek nie zmieniał tego, by mógł traktować mnie całkiem poważnie. Bardzo szybko zapomniałem o przedziwnym zdarzeniu, które miało miejsce w starej szopie, które jak ciężar minionych dni był zawieszony gdzieś w powietrzu. Za każdym jednak razem, gdy zadawałem pytania dotyczące Ordona Rey szybko zmienił temat, tak jakby żył w jakieś subtelnej niezgodzie z tą osobą. Gdy zaś zadawałem mu bardziej sprecyzowane pytanie dotyczące ich relacji bardzo go chwalił i mówił, że nie poznał do tej pory tak wesołego i pracowitego człowieka. W tym momencie moje podejrzenia szybko się rozwiały. Pytałem się również, gdzie mogę spotkać miejscowego pastora, ponieważ jako osoba wierząca chciałbym mieć jakieś wsparcie duchowe w kimś zewnętrznym. Rey z dozą niedowierzania zmarszczył czoło, bardzo zdziwił się tym o kogo pytam i orzekł w żartach, że nawet nie wie co oznacza słowo "pastor". Polecił mi kilku dobrych znachorów i innych mieszkańców uduchowionych. Spytałem się również jak to jest możliwe, że cmenetarz Karabam został tak szybko oczyszczony z truchła, które mogłem zastać w nocy. Na moje pytanie Rey odpowiedział tylko jednym słowem "misza". Zapytałem się czym jest misza? Rey przesunął swoim badawczym wzrokiem po odległym horyzoncie milcząc, a po dokładnym namyśle dodał, że każdy nosi ciężar minionych dni. Nie odważyłem się pytać co miał wtedy na myśli. Zaczęliśmy spacerować w ciszy i żarze upalnego majowego słońca. Widok starych i zbutwiałych domów przyprawiał mnie o dreszcze. Czułem, że pomimo wielu dziwnych zdarzeń to miejsce ma ten urok, którego szukałem przez wszystkie lata mojego krótkiego życia. Pomimo ludzi, którzy mnie otaczali czuć było w powietrzu uwielbiany przeze mnie smak samotności i wolności, który jak dobra żona budził mnie z kubkiem gorącej herbaty. Razem z Reyem wyszliśmy daleko poza to piękne i malownicze miasteczko. Wielka pustka rozległej pustyni miotała moim dzikim i głodnym przygód sercem.

Jaskrawy kolor piasku i dobiegające z oddali strzały batów szarpały moją wyobraźnią. W oddali można było ujrzeć kilka białych kłusaków, na których przemierzali świat wędrowni handlarze. Spojrzałem na twarz Reya, która wzbudzała we mnie niespotykane dotąd zaufanie i aż trudno mi było uwierzyć, że po raz pierwszy odnalazłem w kimś kompana i to w tak owocnym okresie życia. Rey przerwał moje rozmyślenia mówiąc, że warto by było przywitać wędrowców jak prawdziwych gości. Oznajmił, że nasza miejscowość nie słynie z niesamowitego bogactwa i dokonując dobrego targu nasze oszczędności pozwolą opłacić nam znachora i kilku mieszkańców uduchowionych. Spytałem się go dlaczego właśnie znachor musi być przez nas opłacany. Rey dodał tylko, że jest to konieczne i nalegał bym nie pytał dlaczego. Po dłuższym namyśle spytał się mnie czy nie miewam czasem jakiś dziwnych snów. Zląkłem się tym pytaniem tak bardzo, że poczułem zimne krople potu spływające po moim opalonym czole powodujące niesamowity dreszcz, który szarpnął moim ciałem jak bezlitosna bestia. Z niepewnym siebie wzrokiem wbitym tępo w postać Reya odpowiedziałem głosem cichym i pełnym niepokoju, że miewam. Młody grabarz wyciągnął z kieszeni kilka listków tytoniu, które zaczął powoli rzuć po czym parsknął nieartykułowanym śmiechem i dodał, że warto bym się wieczorem wybrał do znachora. Przywitaliśmy grupkę handlarzy pieśnią, która wypływała z naszych ust bardzo radośnie. Rey zaprosił ich do siebie. Okazało się, że zamierzają dokonać wymiany złota na broń strzelniczą. Hill wyciągnął ze schowka cztery sprawne Winchestry. Najstarszy handlarz spojrzał się na mnie z nieufnością po czym spytał się czy potrzeba nam kilku parobków do pracy w kopalni. Hill zaśmiał się mówiąc, że burmistrz jest w stanie oddać każdą ilość złota jedynie by rzucić ścierwo wygłodniałym szakalom. Po tamtych słowach dokonaliśmy handlu, a grupka handlarzy udała się do ratusza. Rey wręczył mi połowę sumy mówiąc, że nie zależy mu na tych pieniądzach i bym czym prędzej udał się do znachora.

>>Kolejny rozdział<<

>>Początek opowiadania<<

środa, 11 maja 2016

"Zmora" III

"Zmora" Rozdział III
Tego dnia wszystko wydawało się normalne. Ordon zapewniał mnie, że przez co najmniej trzy dni nie będzie roboty związanej z grzebaniem, za to czeka nas kilka drobniejszych prac na cmentarzu. Udaliśmy się do tego samego miejsca pochówku co ostatnio. W drodze staruszek opowiedział mi wiele ciekawych faktów o cmentarzu, oraz samym miasteczku. Brownsville z początku zamieszkiwała ludność turecka, składająca się jedynie z kilku osób, która została następnie wyparta przez kolonię angielskie, toteż niemal każdy mieszkaniec poza Reyem, kilkoma handlarzami i jednym z bankierem miał dalekie korzenie tureckie. Indianie nigdy tu nie mieszkali, bo uznali to miejsce za przeklęte z powodu olbrzymich inwazji żab, które zdarzyły się w bardzo nieregularnych odstępach. Cmentarz jest miejscem gdzie nie każdy może wejść kiedy tego chce, by odwiedzić to miejsce nie będąc grabarzem należy zwrócić się do burmistrza o pozwolenie. Postanowienie takie wydał pierwszy burmistrz Brownsville, którego nazwiska na ten moment nie mogę sobie przypomnieć. Tłumaczył to częstym rozkopywaniem zwłok przez miejscowych. Fakt ten wydał mi się wtedy bardzo podejrzany. Cmentarz jest nazywany "Karabam". Nazwę tę nadali pierwsi honorowi obywatele tego miasta. Przychodząc tu po raz drugi nie zastałem już widoku rozkładającego się truchła co uderzyło mnie niesamowitym zastrzykiem radości okraszonej swoistym niepokojem. W powietrzu unosił się miły, słodki zapach świeżo wypiekanych bułek dochodzący z piekarni odległej o ponad dwa tysiące stóp, a cały atmosfera tego miejsca wydawała się nadzwyczaj przyjazna.

Wziąłem się za pracę, która tego dnia była dla mnie czystą przyjemnością. Klee wydawał się być bardzo przyjacielską osobą pomimo złego pierwszego wrażenie, jakie zrobił na mnie ostatnio. Pomagał mi w razie najmniejszych problemów, a jego szczery uśmiech towarzyszył mu na ustach przez cały dzień. Po wypieleniu kilku grządek i zapaleniu zniczy przy grobach honorowych obywateli miasteczka, w których skład wchodzili przodkowie burmistrza i kilka nieznanych mi osób Ordon uroczyście ogłosił, że czas na moje właściwe szkolenie. Odsunął on pustą płytę nagrobną i wyjął z niej butelkę długowiekowej whisky, po napoczęciu jej poczęstował mnie. Nie mam zielonego pojęcia o czym mogliśmy rozmawiać przez ten czas, pamiętam, że płyta nagrobna była odsuwała przynajmniej kilka razy. Klee miał tam całkiem pokaźny zapas butelek, których zawartość szybko przelatywała przez nasze gardła. Za którymś razem zauważyłem owoc leżący między butelkami whisky. Przypominał on ten sam, którym częstowała mnie tajemnicza istota ze snu. Ku mojemu przerażeniu spostrzegłem, że jest on lekko nadgryziony, a po podniesieniu go i przytknięciu do szczęki wyglądało na to, że jest to dokładnie ten sam owoc. Blady spojrzałem na Ordona. Klee zażartował, że może czas już skończyć, bo wyglądam gorzej niż truchła spoczywające dwa metry pode mną. Z moich ust wyskoczyła żaba. Na tamten moment nie wiedziałem skąd ona się wzięła, ale bardzo mnie to przestraszyło. Upuściłem owoc, którego już później nie mogłem znaleźć. Ordon rozładował złowrogą atmosferę śmiejąc się, że widocznie znów mamy niesamowitą inwazję żab. Nie wiem ile wypiliśmy tamtej nocy. Moje oczy znużone i przepite zamknęły się, a świat zaczął powoli się zatrzymywać. Nagle ujrzałem przed sobą drzewo, na które zaczął wspinać się Rey wraz z Ordonem. Było bardzo wysokie, gdy ujrzałem ich na szczycie zląkłem się. Uśmiechnięty Rey chodził po gałęzi utrzymując ręce by złapać równowagę, gdy doszedł do końca zawołał mnie po imieniu. Wyskoczył z najwyższego punktu i z olbrzymim trzaskiem łamanych kości i plaskiem wystrzeliwujących narządów wewnętrznych spadł na ziemię. Ordon roześmiał się jak hiena i zrzucił na niego pustą butelkę po whisky, która stłukła mu jego głowę, a w zasadzie jej pozostałość. Ciało Reya natychmiast dopadło stado myszy, które pożerały jego zwłoki. W pewnym momencie usłyszałem głos Ordona każący mi się obudzić. Okazało się ponownie, że to tyko sen. Zasnąłem pod płytą nagrobną w której trzymaliśmy whisky. Staruszek pomógł mi wstać i zaprowadził do mojego domu.

>>Kolejny rozdział<<

>>Początek opowiadania<<

wtorek, 10 maja 2016

"Zmora" II

"Zmora" Rozdział II
Gdy całe miasteczko zasnęło w bezlitosnej mgle, a moja twarz pokryła się potem, poszedłem dokonać pierwszego pochówku. Widok cmentarza nigdy nie przyprawiał mnie o dreszcze. Zawsze kojarzył mi się ze spokojnym miejscem w którym mogłem odwiedzić swoich nieżyjących już bliskich. Jednak cmentarz w Brownsville był nieco inny. Rozkopane szczątki ludzkie i zwierzęce oraz gnijące truchło, czekające na zakopanie od co najmniej kilku dni wokół którego krążył ruj much. Takie widoki towarzyszyły mi tej nocy, a do tego miałem zakopać tego zwierzaka, coś niespotykanie dziwnego. Gdy wykopałem wystarczająco głęboki dół usłyszałem warczenie jakiegoś psa. Próbowałem go odgonić. Nagle w okolicy poczułem słodkawą woń whisky, a zza moich pleców usłyszałem burczący dźwięk wydobywający się z pomarszczonych ust starego Ordona. Oznajmił mi spokojnym głosem, że moje odganianie stada szakali wcale nie przynosi spodziewanych rezultatów i dobrze by było, gdybym wrzucił tam kota i go szybko zakopał. Przyznałem mu racje, po czym z wielkim zapałem wziąłem się za działanie. Gdy wrzucałem kota do jego miejsca spoczynku szakal rzucił się na niego i zaczął go rozszarpywać. Z przerażaniem próbowałem  przestraszyć tą dziką bestię, wnet Ordon wykrzyczał jakieś dziwne słowo "misza". Nagle zwierze uciekło z otępieniem w swoich już nie drapieżnych oczach. Spytałem się go co oznacza to słowo. Ordon odpowiedział ostro i z powagą, że to tajemny czar odganiający pradawne demony. Zaśmiałem się po cichu, po czym usłyszałem wybuch śmiechu Ordona. Nie mógł się opanować. Dopiero przechylanie szklanej butelki z jego jedynym ratunkiem okazało się zbawieniem dla moich uszu. Po zakopaniu niewinnego zwierzaka, udaliśmy się z powrotem do szopy. Tam już czekał Rey, który wręczył mi uroczyście łopatę i oznajmił, że jestem trzecim żyjącym grabarzem Brownsville. Słowo "żyjący" wypowiedział z niemałą ironią. Poinformował mnie o moich obowiązkach, które odczytał z jakiegoś urzędowego, nic dla niego nie znaczącego wpisu, którego czytał w sposób niesamowicie niewyraźny i nieskładny. Jego słowa w pewnym momencie zaczęły przybierać nieoczekiwaną formę, a język urzędowy zaczynał przeplatać się z łaciną. Tykający zegar stawał się już niewyraźnym tłem i echem słów, które zaczęły dokładnie do mnie docierać. Wnet przeszył mnie dźwięk tak głośny, że po nim usłyszałem tylko pisk. Szyba w pokoju, w którym byliśmy została zbita przez jakieś nieokreślone zjawisko. Ordon podszedł do okna i z zupełnym brakiem zainteresowania zaczął zamiatać potłuczone szkło ręką. W tamtym momencie Rey spytał się mnie czy rozumiem moje obowiązki. Skłamałem, mówiąc, że wszystko jest dla mnie jasne.  Nawet nie pamiętam, w którym momencie udałem się do domu, którego tak nie lubiłem, ale w drodze powrotnej zobaczyłem czarnego kota przebiegającego mi drogę i mimo, iż nie jestem przesądny bardzo się zląkłem. Byłem pewny, że nie jest to ten sam, którego zakopałem, ale w mojej duszy grał niepokój rozbujany przez świst upiornych drzew.

Z oddali wyłoniła się lśniąca istota i mój strach w dziwaczny sposób zniknął. Była to blada kobieta o nienaturalnie długich nogach podążająca w powolnym, romantycznym tańcu w moją stronę. Jej usta podobnie jak gałki oczne były zupełnie białe i pozbawione blasku. Z oddali wyczuwałem jej woń, był to piękny zapach drzewa sandałowego wymieszany z wodą różaną. Zatrzymałem się ukojony jej spojrzeniem. W rękach trzymała jakiś owoc, który dała mi wkładając powoli do ust. Zasłoniła mi oczy chustą, a jej ciało zaczęło oplatywać moje w bardzo powabny sposób. Szeptała do moich uszu uwodzicielskie słowa przygryzając je z lekka. Nie mogłem zrozumieć sytuacji w której się znalazłem, nie byłem w stanie odmówić, a jednocześnie mój strach wzmagał podniecenie do tego stopnia, iż samo to spotkanie przyrównałbym do miłości z piękną hiszpanką jaką nieraz mogłem spotkać zanim jeszcze pojawiłem się w Brownsville. Jej piersi tak mocno przyciskały moje płuca, że nie mogłem złapać oddechu. Zaciskałem moje paznokcie na jej plecach i czułem jednocześnie strach i nieugaszone, drapieżne podniecenie, które jak zimno jej ciała przyszywało mnie do szpiku kości. Gdy już miałem tracić przytomność obudziłem się. Uświadomiłem sobie, że mam bardzo dziwne sny. To miejsce, te zdarzenia i pleśń tego domu zapewne zbyt mocno trafiają do moich narządów percepcyjnych.


>>Kolejny rozdział<<
>>Początek opowiadania<<

poniedziałek, 9 maja 2016

"Zmora" I

Budzimy się w świecie przepełnionym bezgraniczną obojętnością ludzką. Odchodząc od zgiełku tego świata zatapiamy swoje oczy w ciszy katatonicznej goryczy, podlewanej łzami zanim to podejmiemy ostatnią walkę, walkę o nasze nieistnienie. Nie chciałbym, byście wierzyli, że moja śmierć to wyraz heroicznej głupoty, czy też wołania o normalność, bowiem w tak zwanej ciszy nie odnajduję już żadnego ukojenia, a moje myśli przepełnione są strachem przed tym, że to co dzieje się wokół mnie może być prawdziwe. Tej nocy odbiorę sobie życie przesuwając po mojej miękkiej szyi scyzorykiem, którego dostałem od mojego martwego już przyjaciela Reya Hill'a, a którym on sam nie potrafił się uśmiercić.
Przybywając do Brownsville poszukiwałem dobrze płatnej pracy, w której mógłbym odnaleźć spokój. Nie znosiłem nigdy hałasu zatłoczonego i zepsutego miasta, jaki mogłem w każdym detalu poznać przez ostatnie lata mojego nudnego życia. Uczuciem, które wypełniało mnie wśród zgiełku ludzkiego był otępiały i niewyrazisty smutek zakraszany niepokojem, który jak duch przychodził do mnie znienacka. Miasteczko Brownsville było spokojnym miejscem, w którym żyli głownie starcy i młodzi niedołężni już górnicy. Tamtejsza kopalnia zatrudniała mnóstwo młodych łepków pracujących w spartańskich i klaustrofobicznych warunkach. Wielu z nich padało z wycieńczenia. W okolicy panował zwyczaj, że jeżeli nikt w ciągu kilku dni nie zgłosi się po truchło styranego na śmierć górnika ciało takowego biedaczka wyrzucane było za miasto, gdzie zostało rozszarpywane przez wygłodniałe szakale. Wiele tradycji tego miejsca było przekazywanych z pokolenia na pokolenie, podobnie było z władzą, którą obejmował stary, brodaty, przemądrzały burmistrz John Hunt.
 Przechodząc przez ciemne zakamarki tego miejsca można było czasem napotkać na kilku pijaków i kieszonkowców, którzy nie stanowili nigdy większego zagrożenia dla przeciętnego przechodnia, toteż moje nocne spacery po Brownsville napawały mnie nieopisanym spokojem i poczuciem głębi. Nigdy nie marzyło mi się piękniejsze miejsce do spędzania mojego życia.

Zamieszkałem w starej drewnianej chacie, którą oddziedziczyłem w spadku po wuju Marmy. Cuchnąca pleśnią przestrzeń przeszywała moje nozdrza nieprzyjemnymi wspomnieniami, toteż większość czasu spędzałem poza domem.
Z łatwością odnalazłem dla siebie pracę, którą starym zwyczajem przydzielił mi sam burmistrze miasteczka. Skarżył się on na brak grabarzy, bowiem na całe miasteczko przypadało ich tylko dwóch. Pierwszy z nich Rey Hill, był to wysoki, wąsaty blondyn, o bardzo przyjaznym usposobieniu. Drugi zaś Ordon Klee był  schorowanym starcem, który nie miał już często sił do pracy. Jego pomarszczone ręce z trudem utrzymywały łopatę, a cylinder, który nosił na swojej łysinie dodawał mu znacznej powagi.
Mój pierwszy dzień w pracy był dość zaskakujący. Rey zaprowadził mnie do starej szopy, którą miejscowi traktowali jako schowek na rzeczy niepotrzebne, lecz na tyle cenne, że nie chcieli ich wyrzucać. Stare nieprzydatne przedmioty przyprawiały mnie o dreszcze przez swoją mroczną, a może nawet diabliczną aurę. Rey odsunął stary, zakurzony obraz jakiegoś domostwa odsłaniając przy tym przytulającą się kocią rodzinę. Chwycił jednego z nich za głowę i szybkim ruchem skręcił mu kark. Zaśmiał się, że czas na mój chrzest grabarza i z namiętnie przerażającym spojrzeniem przekazał mi kota. Zanim jednak pozwolił mi go zakopać musiałem doczekać środka nocy. Twierdził, że pierwszy pochówek zawsze musi odbywać się według pradawnej tradycji. Jego na wpół ironiczny ton głosu i złowrogie podniecenie na twarzy przyprawiało mnie o dreszcze. Nie byłem w stanie powiedzieć co było w tym zawartego.  W pewnym momencie Rey zaczął mi opowiadać jakąś historię o rodzinie zamieszkałej w okolicy. Z olbrzymim sentymentem mówił o ich codziennych pracach i zabawach dzieci, tak jakby chciał nakreślić, że sam w tym uczestniczył. Jego nieskładna historia zeszła na bardziej mroczne sfery. Mówił o igraszkach dzieci, które z wielkim podnieceniem topiły koty, które następie były rozdzielane ze skóry i noszone jako rękawiczki przez ich matkę. Przerwałem mu jego historię orzekając, że jest sadystą. Rey uśmiechnął się, zmarszczył następnie czoło i odchodząc zamiauczał. Zdarzenie to było tak dziwne, że na stałe zapadło w mojej pamięci.


>>Kolejny rozdział<<

środa, 4 maja 2016

"Widziałem cię człowieku"

Widziałem cię człowieku głupi, spacerowałeś tego wieczoru
Na nic ten nóż co trzymasz w kieszeni i siła nieznaczna
Dotarłem do twoich żył padliną pełną horroru
By wnętrznościami miotała rzecz straszna

Rozdarłem wdzianko twoje wlewając zakwas do trzewi
Śmieszne to dla mnie doprawdy dozgonnie
Gdy zamista milczeć i siedzieć spokojnie
Kwas solny z żołądka wylewasz na spodnie

I powiedz mi teraz, że znaczysz wiele
Jesteś prawie niczym i o tym pamiętaj
Gdy chodzisz, gdy krzyczysz i klęczysz w kościele
Twoja śmiertelność jest chwilą pewna

wtorek, 3 maja 2016

Wampir

Nosferatu wampir (1979)
"Nie przepadam za światłem słonecznym, ani za skrzącymi się fontannami. Polubiłem mrok i snujące się cienie wśród których rozmyślam w samotności. [...] Czas jest otchłanią sięgającą głębi tysiąca nocy. Mijają wieki, to straszne, gdy nie można się zestarzeć. Śmierć to nie wszystko, są rzeczy straszniejsze. Wyobraża pan sobie, że można przeżyć wieki doświadczając tej samej marności?"

poniedziałek, 2 maja 2016

NOSFERATU


 







 

 

"NOSFERATU"

Nieokiełznana pustka płynie przez strumień duszy Otwieram ją w ciemności jak księgę nieznaną Schodzę do miejsc, gdzie śmiercią huczy Formuję myśli jak człowieka z gliny Eliminuję radość, gdy czuję smutek w sobie Rozstrojona kaseta otwiera obraz mej zmazy Ambrozja to nie krew, ambrozja to człowiek Topornie przechodzę przez wszystkie fazy Unikam ludzi, człowiek prawdy nie powie

niedziela, 1 maja 2016

"Poduszka"









          "Poduszka"



Poduszka, śpisz, widzę cię jak kiedyś
Kocham i nienawidzę, ale co bardziej czuje?
W dłoniach trzymam twoje życie i moje szczęście
Ale co jest ważniejsze?

Wyjąłem nóż, ten, bez którego nie mogę się rozstać
Z nim nie mogę, z tobą muszę, cóż za ironia
Widzę tą twarz, którą kocham
Słyszę to imię, którego nienawidzę

Gdzie jest prawda?
Bo gdy tonę w kałużach krwi, ty już się nie budzisz
Lecz w niej nie utonę, bo przytulam cię
I budzę z gorącą kawą i uśmiechem na twarzy

"Król"

              






            "Król?"
 Nim nastanie ranek jutrzejszego świata
Spójrz w ciemność, której niegdyś się bałem
Gdy zrozumiesz tajemnice nocy zrozumiesz moją duszę
Która jak czarny kot w nocy się tobie przygląda

Nim nastanie światłość otwieram oczy
Jestem królem szczurów, panem każdej nocy
Chodzę bezcelowo, mijam puste lustra
Nie wiem dokąd zmierzam w tego świata pustkach